PANACEUM **** (Recenzja filmu)

Jan Pelczar | Utworzono: 2013-04-23 06:56 | Zmodyfikowano: 2014-05-01 00:12
A|A|A

Zwroty akcji i demaskowanie prawdziwego motywu są w nim ważniejsze od społecznych konsekwencji podglądanego zjawiska. Najprościej byłoby mi na „Panaceum” narzekać. Wszak poszedłem nań w Krakowie, na Off Plus Camerze, gdzie w programie znalazło się sporo filmów ciekawszych, lepiej zrealizowanych, z mniej oczywistymi rozwiązaniami fabularnymi. Ponadto, zapowiadany przez Stevena Soderbergha jako ostatni film kinowy, thriller o krwawych konsekwencjach farmakologicznego leczenia depresji nie prześwietla świata wielkich koncernów nawet na miarę jego „Contagion”, o „Traffic” nie wspominając. Skutki uboczne z oryginalnego tytułu („Side Effects”) odnoszą się bardziej do zagadki poczytalności w momencie popełniania zbrodni, a nie do szerszego problemu konsekwencji bezwzględnego i natychmiastowego leczenia słabości i bólu.

Może właśnie dlatego nie chcę pogrążać się w niedostatkach „Panaceum”, czytać ulotki po jego zużyciu i analizować, jaka terapia byłaby najlepsza dla scenariuszowych chorób i reżyserskiego leczenia doraźnego. Wolę skupić się na pozytywach, wyzwolić z depresyjnego mroku, który Soderbergh pokazuje sugestywnie, samodzielnie stając za kamerą. Główna bohaterka za Williamem Styronem opisuje swoją chorobę jako mgłę zasnuwającą wszystko wokoło. I właśnie przekonująca kreacja Rooney Mary jest najbardziej odżywczym zastrzykiem filmu. Godna odnotowania w „The Social Network”, fascynująca jako Lisbeth Salander u Davida Finchera, powraca teraz w zupełnie innej kreacji. Dzięki niej „Panaceum” zostawia po sobie nie tylko niepokój sprawnie zrealizowanej sensacji, ale również refleksję wynikającą z trafnej diagnozy.

Soderbergh na marginesach thrillera odsłania przed nami współczesną obsesję na punkcie efektywności, eliminowanie wszelkich przejawów niedoskonałości, konieczność życia wśród ludzi maskujących swe niedociągnięcia, chronicznie nieufnych i przewlekle zlęknionych. Do sukcesu za wszelką cenę dąży tu mąż głównej bohaterki. Gwiazda serialu „Glee” i kilku lżejszych filmów Channing Tatum gra biznesmena, który wychodzi z więzienia po wyroku za malwersację. Niepewność dotycząca przyszłości i frustracja związana z odnowieniem małżeństwa – to mają być czynniki uruchamiające depresję u jego żony, pracownicy agencji reklamowej, w którą wcieliła się Mara. Jej psychiatra przypomina pewnego siebie człowieka sukcesu, ale wcielający się w jego rolę Jude Law również będzie miał różne maski do ściągnięcia. Najbardziej jednoznacznie przedstawiono jego żonę, pielęgnująca nie tyle związek z mężem, co małżeństwo jako związek, oparty też na statusie społecznym i majątkowym, wspólnych perspektywach i bezpieczeństwie dla dziecka.

Bardziej złożona jest postać pierwszej lekarki głównej bohaterki. Catherine Zeta-Jones nie pojawiałaby się na ekranie dla niewiele znaczącego epizodu. Fani Soderbergha doskonale pamiętają jej rolę w „Trafficu”. Prawdziwy mąż aktorki Michael Douglas to Liberace z najnowszego filmu reżysera. Właśnie niezgoda wielkich studiów Hollywood na rzekomo zbyt gejowską produkcję, skłoniła Soderbergha, by ogłosić „‚Panaceum” ostatnim filmem kinowym. Rzecz o niezwykłym pianiście i wokaliście zrealizował dla HBO. Nie przeszkodziło to filmowi o Liberace w zakwalifikowaniu się do konkursu głównego najbliższego festiwalu w Cannes. Za sprawą Soderbergha kino może ponieść kolejną stratę na rzecz telewizji, z korzyścią dla widza. Wszak największe wady „Panaceum” wyskakują w ostatniej części i wyglądają na zaordynowane przez producentów.

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama