Rzecz o pomiarze nadziei (Felieton)

| Utworzono: 2014-04-13 13:13 | Zmodyfikowano: 2014-05-01 00:12
Rzecz o pomiarze nadziei (Felieton) - fot. Nina Matthews/Wikipedia
fot. Nina Matthews/Wikipedia

Kilka lat temu oglądałam w telewizji program o In vitro w Polsce.  Występujący w nim lekarz wspomniał o najbardziej zdeterminowanej pacjentce, która podchodziła do zabiegu 23 razy. W końcu się udało.

Znana również u nas brytyjska stylistka Tryni Woodall zaliczyła 9 prób, zanim doczekała się dziecka. Rodzi się pytanie - ileż można? Teoretyczne dla obserwatorów, ale całkiem praktyczne i realne dla tych, którzy walczą o potomstwo. Na pierwszy rzut oka ograniczenia powodowane są głównie finansami.

Nie trzeba jednak wielkiej wyobraźni i wrażliwości, aby podejrzewać, że koszt emocjonalny może być tak wysoki, że nawet przy względnym komforcie ekonomicznym przekreśla dalsze starania. Widać to wyraźnie w krajach, gdzie In vitro jest refundowane, bywa, że bez limitów.  Ponad połowa par w Wielkiej Brytanii rezygnuje po pierwszym nieudanym zabiegu. Podobne dane pochodzą z Niemiec.

PRZECZYTAJ TEŻ: Pierwsze dziecko z programu in vitro

Bo mnożą się wątpliwości. Bo sypie im się związek oraz zdrowie zarówno psychiczne, jak i fizyczne. Bo czas ucieka a nic tak nie wpływa na skuteczność In vitro jak wiek kobiety. Wielkie nadzieje i wielkie rozczarowania. Mobilizacja i poczucie porażki. Jak długo można sobie fundować taki uczuciowy rollercoaster? Każdy ma swoją historię i wytrzymałość. Trzy lata temu w ramach pracy magisterskiej badałam, jak pary przystępujące do In vitro oceniają swoje szanse na sukces. I jak zmienia się to szacowanie w miarę kolejnych prób.

Widać wielką wiarę na początku, w psychologii społecznej nazywa się to nierealistycznym optymizmem: pytani znali statystyki dotyczące metody oraz dane dotyczące efektywność kliniki, z której korzystali, a jednak zakładali, że mają większe szanse na poczęcie niż reszta starających się.  W miarę kolejnych prób ta wiara w sukces malała, ale ciągle była na tyle duża, że ankietowani deklarowali, iż w miarę możliwości finansowych będą walczyć  dalej.

Bo w Polsce, przed refundacją procedury, to pieniądze były głównym problemem, na którym koncentrowały się pary borykające się z bezpłodnością.  Determinacji  było pod dostatkiem. Teraz jest refundacja obejmująca trzy pełne cykle zapłodnienia in vitro. Można na tym poprzestać, można też próbować dalej z własnych środków, jeśli zdrowie i nadzieja dopiszą. W mijającym tygodniu pojawiły się doniesienia o pierwszych maluchach urodzonych dzięki rządowemu programowi leczenia bezpłodności.

Ile ich w przyszłości będzie? Chciałoby się powiedzieć - oby jak najwięcej,  chociaż  po jednym dla każdej starającej się pary. Takie pobożne życzenie. Ale statystyki są nieubłagane. W Szwecji, tak jak u nas, refundowane są trzy próby In vitro, ale społeczeństwo jest zamożniejsze i wiele par, po wyczerpaniu limitu opłaca dalsze starania.

Po wieloletnich obserwacjach możliwe było oszacowanie prawdopodobieństwa sukcesu po 3 i po 6 pełnych procedurach. W zależności od wieku, ogólnego stanu zdrowia kobiety można było ustalić rokowania optymistyczne, realistyczne i pesymistyczne. Optymistyczne - po trzech podejściach dają 65% szans na urodzenie dziecka, pesymistyczne - 55,5% (dane z 2009 roku).

Tyle statystyki, ale czy są one naprawdę ważne? Wiek kobiety, jej ogólny stan zdrowia, liczba jednorazowo transferowanych zarodków, ich kondycja,  to, czy były mrożone czy nie, tempo w jakim zostały podane - jest cała masa mniej lub bardziej subtelnych czynników, które razem dają zero-jedynkowy wynik: dziecko, brak dziecka.

Czy da się zmierzyć nadzieję? A może niektórym do tego, by podjąć kolejną próbę, wystarczy przekonanie, że jeszcze się tli?

Reklama

Komentarze (1)
Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
~?????2014-04-14 07:45:35 z adresu IP: (188.33.xxx.xxx)
geryn jeszcze się tli