Najnowszy film Dolana (RECENZJA)

Jan Pelczar | Utworzono: 2014-05-15 09:20 | Zmodyfikowano: 2014-05-15 09:32
A|A|A

fot. twitter.com

Z błota, strachu i braku akceptacji reżyser ulepił swoje nowe dzieło. Przenikliwe, mocne, obsesyjne.

Po trzech pierwszych filmach Dolana można się było jeszcze zastanawiać, czy młody kanadyjski reżyser odejdzie kiedyś od swojego stylu, spróbuje sił w kinie gatunkowym i jak wyjdzie  tej próby. „Tom” przynosi odpowiedź i pokazuje, że Dolan poradził sobie z wyzwaniem. Jego czwarty film broni się jako thriller, a jednocześnie nie oddala zbytnio od atmosfery, którą twórca nasycił swoje poprzednie dzieła. W centrum jego zainteresowań pozostaje poszukiwanie tożsamości, akceptacja własnej seksualności, a temat trudnych relacji z rodziną nabrał mrocznego wymiaru.

Czy można osadzić na wsi i ubogacić tematyką queerową film noir, a całość przeprowadzić powściągliwie, wręcz surowo? „Tom” udowadnia, że tak. Film oparty na sztuce Michela-Marca Boucharda wytrąca widza z sielanki, ale zbiera zasłużony plon zachwytów. W pierwszej scenie śledzimy podróż głównego bohatera na wieś w Quebecu, jego pierwsze kroki w opustoszałym gospodarstwie, włamanie za pomocą znalezionego klucza do domu. Toma znajdzie tam matka przyjaciela. Okaże się, że bohater grany przez samego Dolana, w nowej stylizacji, z tlenionymi włosami, przyjechał na pogrzeb przyjaciela. Szybko będzie też jasne, że zmarły ukrywał przed rodziną swoją orientację seksualną, wiedząc, że homoseksualizm nie zostanie zaakceptowany, ani przez nieco zaburzoną psychicznie matkę, ani przez zgrywającego macho brata.

Relacje Toma, który podejmuje grę i ukrywa przed bliskimi zmarłego prawdę, z obojgiem członków rodziny przyjaciela będą z dnia na dzień coraz bardziej niepokojące. Ceremonia pogrzebowa nie wyznaczy kresu jego pobytu na wsi. Wiszącym nad kinomanami pytaniem i motorem napędzającym fabułę, stanie się problem wyjazdu, kwestia chęci i możliwości ucieczki.  Lise Roy jako matka i Pierre-Yves Cardinal w roli brata stają na wysokości zadania i wraz z Dolanem odgrywają na naszych oczach przekonujący dramat psychologiczny, ze scenami pełnymi napięcia. Duch Hitchocka i Polańskiego unosi się nad farmą, w której Tom będzie wahał się między zapałem do zmiany i lękiem przed utratą dotychczasowych alternatyw. Przez pobyt tytułowego bohatera na wsi Dolan przeprowadza nas przy potęgującej doznania, inspirowanej Bernardem Herrmannem muzyce Gabriela Yareda i ziemistym kadrom Andre Turpina. Miejsce kolorowych stylizacji z poprzednich filmów zajmie szukanie katharsis w fizyczności wiejskich realiów – na polu raniącej (w październiku ostrej jak brzytew) kukurydzy, w wypełnionej ziemią i krwią oborze. Zrodzi się erotyczne napięcie, o przyszłości decydować będzie próba sił. Złowieszczy koniec będzie miał pokaleczoną twarz bohatera jednej z lokalnych historii.

U wielu innych twórców anegdota pełna przemocy i absurdalna scena tanga w stodole nie mogłyby się obronić. Dolan jest reżyserem, który swoje pomysły realizuje z wyczuciem, wzbogacając opowiadaną historię. Każda odmiana dziwności wydaje się w jego filmach czymś na miejscu – oczywistym i wartym zachodu. Główny bohater staje naprzeciwko ludzi gotowych, by go skrzywdzić, tylko ze względu na to, kim jest. Nic dziwnego, że Dolan z całą uwagą obserwuje każdą grę pozorów z udziałem Toma - jak walkę na śmierć i życie. „Dziś część mnie umarła, nie potrafię płakać, zapomniałem synonimy słowa smutek ” – na początku patrzymy na taki, ręcznie pisany, tekst. A później obserwujemy drogę do przezwyciężenia tego stanu.

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama