Sprawiedliwości chcą szukać w Strasburgu (POSŁUCHAJ)

Elżbieta Osowicz, wsp. Alicja Mikłaszewicz | Utworzono: 2014-09-12 14:39 | Zmodyfikowano: 2014-09-12 14:46
A|A|A

fot. olga/Wikipedia

Już raz miało być umorzone, ale sąd nie zgodził się na to wskazując na liczne błędy.

Jest nowe postępowanie, ale brakuje opinii biegłych, którzy mogliby ocenić postępowanie lekarzy - powiedziała nam matka 6-letniego Kuby, Katarzyna Brońska:

Chłopiec tuż po porodzie był intubowany, wtedy doszło do uszkodzenia krtani i zagrożenia życia. Kuba nadal wymaga inhalacji, uczy się mówić. Skarga do Europejskiego Trybunału Spraw Człowieka ma trafić w październiku, dokumenty są właśnie kompletowane.

O sprawie mówiliśmy w Radiu Wrocław w ubiegłym roku, kiedy rodzina alarmowała, że śledztwo nie posuwa się do przodu. Według relacji pokrzywdzonych lekarze 6 razy próbowali zaintubować dziecko, w rezultacie doszło do zerwania strun głosowych i uszkodzenia krtani.

Matka chłopca, Katarzyna Brońska szukała odpowiedzi, kto jest odpowiedzialny za cierpienia jej syna:

6-letni Kuba dopiero w ubiegłym roku zaczął mówić, jego rehabilitacja potrwa jeszcze wiele lat.

Podobne skargi wpływają do działającej od ponad dwóch lat komisji ds orzekania o zdarzeniach medycznych. Działa ona przy wojewodzie dolnośląskim. Do stycznia br.  w 17 przypadkach komisja uznała, że doszło do błędów medycznych, 40 wniosków odrzuciła jako bezzasadne, pozostałe sprawy są jeszcze rozpatrywane.

W ubiegłym roku głośno było o Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym we Wrocławiu, który za śmierć pacjenta zaproponował odszkodowanie w wysokości 500 złotych. Komornik pobrał z konta szpitala 250 tysięcy złotych, ale sprawa trafiła do sądu, bo placówka nie poczuwa się do winy.

Jeden z członków komisji profesor Andrzej Gładysz mówił w styczniu Radiu Wrocław, że należy doprecyzować przepisy:

Liczba zgłoszeń do komisji rośnie, w pierwszym roku jej działania było 30 wniosków, w drugim prawie sto. W niektórych przypadkach doszło do porozumienia między wnioskującym i szpitalem, inne sprawy będą miały swój finał w sądzie.

Procesy przed polskimi sądami zwykle po kilka lat. Coraz częściej poszkodowanym udaje się jednak wywalczyć wysokie odszkodowanie, to zachęca do walki o pieniądze kolejnych pacjentów.

Droga przez mękę
Coraz więcej osób decyduje się na walkę ze szpitalem i lekarzami przed sądem. Ale batalia jest długa, kosztowna i wymaga końskiego zdrowia. 2,4 mln zł przyznał w 2010 roku poznański sąd rodzicom chłopca, który w wieku 4 lat miał wycinane migdałki. Podczas zabiegu doszło do niedotlenienia mózgu. Teraz chłopiec nie mówi, nie chodzi, nie może korzystać z dłoni. Jednak sąd apelacyjny obniżył odszkodowanie do 750 tys. zł. Jak uzasadniono, na tle innych było ono zbyt wysokie.

Walka o 5 mln zł
O tyle walczy Grażyna G.-J., na rzecz której sąd pierwszej instancji zasądził 1,5 miliona złotych odszkodowania (1 milion zadośćuczynienia plus odsetki). Pacjentce podczas operacji w szpitalu przy ul. Banacha w Warszawie m.in. wszczepiono bakterię Salmonelli do kręgosłupa. Kobieta ma teraz niedowład rąk i nóg oraz nieuleczalne problemy z trawieniem. Do tego przez 116 dni leżała w uwłaczających warunkach higienicznych. Szpital podważył wyrok, sprawą ma zająć się Sąd Apelacyjny. Kobieta procesuje się już ponad 8 lat.

Aleksander Daszewski, radca prawny w Biurze Rzecznika Ubezpieczonych jest zdania, że duży wpływ na wzrost zasądzanych kwot mają media, które informują o rekordowych odszkodowaniach. Wiadomości zza oceanu o gigantycznych kwotach pociągnęły za sobą "amerykanizację" roszczeń w naszym kraju.

12 mln szwedzkich koron (6 mln zł) w Gdańsku
W 2010 roku w tamtejszym Pomorskim Centrum Traumatologii Szwedka Christina Hedlund zapadła w śpiączkę po zabiegu powiększenia piersi. Kobieta znajduje się w stanie wegetatywnym. Proces w tej sprawie toczy się od ponad pół roku i potrwa jeszcze kilka lat. Tymczasem kontrola wojewody pomorskiego wykazała, że PCT nie miało uprawnień do przeprowadzania tego typu operacji plastycznych, a mimo to w latach 2008-2010 doszło tam aż do 78 nielegalnych zabiegów.

Złotówka za śmierć dziecka? Wystarczy!
Takie odszkodowanie zaproponował jeden ze szpitali, w którym dziecko zmarło przez błąd lekarski. Rodzice byli tak przybici śmiercią i tym, co zaoferowała placówka , że nie chcieli nagłaśniać swojego dramatu.

Wszystko w majestacie prawa!
Przepisy stworzone przez Ministerstwo Zdrowia określają jedynie maksymalne kwoty odszkodowań (100 tys. zł w przypadku uszczerbku na zdrowiu i 300 tys. zł, gdy pacjent umiera). Nie ma tam mowy o kwotach minimalnych, stąd kuriozalne propozycje szpitali wypłacenia 500, 1000 zł czy jednej złotówki. Chodzi o to, by odrzucać śmiesznie niskie propozycje szpitali i kierować sprawy do sądu. Po pierwsze, tego typu sprawy w Polsce ciągną się po kilka lat. Po drugie, kiedy sprawa toczy się przed sądem cywilnym, odszkodowanie zostanie wypłacone z obowiązkowej polisy OC. Wtedy zasądzone odszkodowanie płaci ubezpieczyciel, a nie szpital.

Od 7 do 23 tys. osób każdego roku z powodu błędów lekarskich umiera w Polsce - oszacował Instytut Zdrowia Publicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego.

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
~podatnik
2014-09-13 21:49:29
z adresu IP: (78.8.xxx.xxx)
Ocena: 0
Zgadzam się, że powikłanie jest wyjątkowo rzadkie. Wątpię, żeby było spowodowane manipulacją laryngoskopem, a raczej wynika z traumatycznego wprowadzenia rurki. Normalnie nikt by tego nie zrobił, chyba, że sytuacja, spadek saturacji, bradykardia i kolejna nieudana intubacja tak przyparły do muru, że zaintubowano na siłę. W artykule nigdzie nie mówi się o ubytkach neurologicznych, tylko o uszkodzeniu krtani, stąd wnioskuję, że ostatecznie postępowanie było skuteczne. Miejsce nie jest dobre na dyskusję, ale nie można pozostawać obojętnym na artykuły dotyczące spraw, w których, jak sam zauważyłeś wyrok nie zapadł, a zestawia się je z przykładami typowego olewactwa lekarzy, jak w przypadku Szwedki, czy innych spraw, w których zapadły wyroki skazujące i w których faktycznie popełniono błąd. Jeżeli faktycznie lekarzom jest tak łatwo wymigać się od odpowiedzialności, to dlaczego w setkach innych spraw zapadają wyroki, biegli przyznają, że lekarz popełnił błąd, a akurat w tej sprawie wszyscy się uwzięli na tych ludzi? To znaczy, że akurat Ci neonatolodzy mają wyjątkowe znajomości i kontakty, bo nie za bardzo rozumiem? Skazywano w Polsce też profesorów, którzy jak się wydaje, mają najwięcej znajomości, a tu nagle taka nieudolność sądu. Artykuł jest stronniczy i tyle, nie wiemy, jak to wszystko wyglądało, nie znamy relacji lekarzy, więc może faktycznie zakończmy jałową dyskusję.
~niedouczony podatniku
2014-09-13 20:37:06
z adresu IP: (81.190.xxx.xxx)
Ocena: 1
A w którym miejscu wyczytales, badz skad wywnioskowales, ze dziecko nie ma ubytków neurologicznych? i ze nie doszlo do niedotlenienia OUN? I jeśli twoja wiedza pochodzi z, jak sadze, doswiadczenia, to ile razy spotkales sie z takim powikłaniem po intubacji?? Bo ja NIGDY. Noworodka, jak mniemam doskonale wiesz, intubuje sie prostym millerem. Dochodzi on maksymalnie do nagłośni, którą unosisz łyżką. Wobec powyższego manipulacje łyżką nie są w stanie zerwać strun głosowych. Ponadto z założenia intubacja powinna być atraumatyczna. W przypadku nerwowej atmosfery należy wezwać specjalistę, który potrafi wsadzic nerwy w kieszeń. Tu jak mniemam był na to czas, skoro wykonano wiele podejść. W tym przypadku szpital powinien wziąść pelna odpowiedzialnosc za to co sie stalo a co do indywidualnej odpowiedzialnosci, to wlasnie powinien ustalic prokurator, który ma obowiązek albo oczyścić lekarza albo wskazać kto i kiedy popełnił błąd. Jeśli wszystko byłoby takie klarowne i jasne, to postępowanie już dawno byłoby zakończone. Nie jest rolą lekarzy obrona kolegów w sposób jaki reprezentujesz. Faktem jest jednak, że w szpitalu doszło do takiego urazu, a z faktami się nie dyskutuje. Co do merytorycznej dyskusji to uważam, ze to nie jest odpowiednie miejsce, wiec wybacz, ale nie bede kontynuować. Mam nadzieje, ze nie bedziesz mial okazji intubowac noworodka, bo mozesz mu zrobic krzywde z tym nerwowym zachowaniem.
~wwwr
2014-09-13 20:24:38
z adresu IP: (81.190.xxx.xxx)
Ocena: -2
Twoje wypisywanie o ograniczeniu umysłowym autora tekstu było rzeczywiście merytoryczną dyskusją...
~podatnik
2014-09-13 18:41:53
z adresu IP: (78.8.xxx.xxx)
Ocena: 1
Jak widzę, Twoja wiedza pochodzi głównie z Wikipedii. Zgadzam się, że takie powikłanie to wynik tzw. brutalnej intubacji, jednak jeśli do tego doszło 1 raz na setki intubacji, jakie wykonują neonatolodzy to może powinno Ci przyjść do głowy, że warunki tej intubacji musiałby być wyjątkowo trudne, a postępujące niedotlenienie i manipulacje łyżką laryngoskopu doprowadziły pewnie do bradykardii. Jeśli miałbyś minimalne pojęcie o medycynie, to byś wiedział, że u dziecka niedotlenienie występuje o wiele szybciej, niż u dorosłego i zwyczajnie sytuacja pewnie zrobiła się nerwowa. Nerwy plus trudna intubacja skutkowały uszkodzeniem krtani, którego, zgadzam się, nie powinno być. Jednak trzeba sobie zadać pytanie, jaki jest efekt końcowy. Dziecko żyje i z tego co rozumiem nie ma ubytków neurologicznych, a więc nie doszło do niedotlenienia OUN. Według mnie, to co się stało to mniejsze zło, bo dziecka mogłoby w ogóle nie być, albo byłoby z mózgowym porażeniem, dlatego jednak byłbym wdzięczny lekarzom. Równie dobrze można mieć pretensje do neonatologów, że reanimują wcześniaki, np. 25 tygodniowe. Rokowania najczęściej są fatalne i prawda jest taka, że spora część tych dzieci będzie głęboko uszkodzona, ale czy to oznacza, że ratowanie za wszelką cenę, często generując dodatkowe powikłania, jest błędem? Przecież samo podłączenie do respiratora można też tak rozważać. Dziecko może umrzeć z powodu zapalenia płuc i innych powikłań, ale wybiera się mniejsze zło. Uważam, że tu doszło właśnie do wyboru mniejszego zła. Warunki były trudne, więc wielokrotnie intubowano w ciemno. Nie miałeś nigdy łyżki w rękach i pacjenta z zatrzymaniem krążenia przed sobą, więc nie wiesz, jak trudno może czasami być... W tej sytuacji nazwanie tego błędem to według mnie nadużycie, dlatego biegli nie chcą się brać za tą sprawę. Jak tak dalej pójdzie to lekarze pogotowia będą sądzeni za złamania żeber, czy obrażenia wewnętrzne podczas RKO... A jeśli chodzi o wydawanie kasy na leczenie tego dziecka, to pretensje nie powinny być kierowane do lekarzy tylko do twórców tego wspaniałego systemu zdrowia, gdzie nie ma pieniędzy na wszystko, a szczególnie właśnie na rehabilitację. Zgadzam się co do jednego, chłopiec powinien mieć zapewnioną szeroką rehabilitację i opiekę, za którą rodzice nie powinni płacić, ale nie dlatego, że lekarze zrobili coś źle, tylko dlatego, że ciężka praca z takim pacjentem daje szanse na zminimalizowanie szkody i umożliwia mu w przyszłości w miarę normalne funkcjonowanie, co w skali społeczeństwa uczyni go płatnikiem składek ZUS, a nie rencistą. Ale ta uwaga dotyczy nie tylko tego jednego dziecka, a też wielu innych w tym kraju, które tracą swoją szansę przez brak dobrej rehabilitacji. Jeszcze jedno, Twoje uwagi dotyczące mojego wykształcenia i wiedzy świadczą tylko i wyłącznie o Tobie, bo jest to oznaka całkowitego braku umiejętności prowadzenia merytorycznej dyskusji. Pozdrawiam serdecznie!
~niedouczony podatniku
2014-09-13 07:07:27
z adresu IP: (81.190.xxx.xxx)
Ocena: 2
chyba niebardzo uwazales na wykladach, powiklaniem moze byc uraz lub wybicie zeba, zaintubowanie oskrzela, przełyku, zranienie warg, języka, nawet krtani, ale nie rozwalenie jej calej. Wlasnie takiego pokroju lekarz jak ty intubował to dziecko i potraktowal je jak fantom mieszając najpierw laryngoskopem a pozniej pchajac na sile rure intubacyjna. Poza tym moze sie zastanowisz zanim dostaną jakiekolwiek odszkodowanie musza kupe kasy wlozyc na innych lekarzy, ktorzy beda naprawiac blad swoich kolegow, a jak zaoewne wiesz nie jest to malo i zazwyczaj nieudokumentowane. Reasumując, musisz wrocic do szkoly aby nauczyc sie czytania ze zrozumieniem, a nastepnie na studia podszkolic swoja wiedze medyczna. Szkoda tylko ze jest takie przyzwolenie lekarzy na to, aby jednostki popelniajace bledy unikali jakiejkolwiek odpowiedzialnosci. Nie wpływa to na zwiekszenie zaufania do calej rzeszy naprawde dobrych lekarzy.
~lubela
2014-09-13 04:42:15
z adresu IP: (81.190.xxx.xxx)
Ocena: 4
@podatniku, wszystko wskazuje jednoznacznie na fakt, że to ty jesteś ograniczony. Czytasz bez zrozumienia krótki artykuł, więc nie dziwi nikogo, że nie zrozumiałeś literatury, która opisuje zasady intubacji dziecka. Chłopiec został okaleczony bo miał pecha trafić w ręce pseudospecjalistów twojego pokroju, to jest fakt, a z faktami się nie dyskutuje!
~podatnik
2014-09-13 01:16:51
z adresu IP: (78.8.xxx.xxx)
Ocena: -2
Co to za rodzice... lekarze walczyli o zdrowie dziecka, 6 razy intubowali, bo pewnie były trudne warunki. Wystąpiło powikłanie, które może się zdarzyć, ale chyba najważniejsze jest to, że chłopiec żyje i poza głosem nie jest upośledzony. Dla mnie to by było najważniejsze i byłbym wdzięczny lekarzom, ale może Ci rodzice woleli, żeby lekarze nie intubowali - dzisiaj by nie musieli chodzić po gazetach i radiach, i próbować wyciągnąć kasę za uratowanie dziecka. Poza tym artykuł pisał ktoś wyjątkowo ograniczony umysłowo, skoro zestawia taką sprawę z sytuacją operacji szwedki... no ale co zrobić, w Polsce każdy jest lekarzem. Następnym razem może rodzice sami zaintubują syna...
Reklama