Recenzja Iana Pelczara: Paddington (*****)

Jan Pelczar | Utworzono: 2014-12-24 09:38
A|A|A

kadr z filmu Paddington

Fani opisywanego w książeczkach od wielu dekad, pochodzącego z peruwiańskiej dżungli i ożywionego przez angielskiego pisarza, Misia Paddingtona mają uzasadnione powody do obaw. Spotkania postaci, która bardziej przypomina pluszaka, niż prawdziwego niedźwiadka, z innymi formami sztuki nie zawsze były udane. Przyjaciółka powiedziała mi, że zraziła ją brzydota rzeźby, którą Misiowi postawiono na dworcu Paddington w Londynie. A to właśnie od tabliczki z nazwą dworca, na którym przybysz z Peru został znaleziony przez rodzinę Brownów, miś wziął swój przydomek.

Filmowy "Paddington" z brzydotą nie ma nic wspólnego. Jest piękny - wesoły, dowcipny, akuratny, a nawet wzruszający. Świat historyjek Michaela Bonda przeniosiono do współczesnego Londynu z charakterystycznym dla naszych czasów polotem, wiarygodną scenerią, ale zachowując urok i humor oryginału. Wiele tutaj autoironicznych żartów na temat brytyjskości, ale jednocześnie jest w bajce bez wielkiego morału wiszące nad widzami pytanie - jak zmieniły się nasze społeczeństwa i czym jest dzisiaj rodzina.

Komputerowo wmontowany do fabularnego świata niedźwiadek pojawia się jako bohater archiwalnego filmu z wyprawy podróżnika. Wyjaśnione zostanie zamiłowanie Paddingtona do marmolady, a także sposób w jaki znalazł się w rodzinie Brownów. A przekonanie do siebie, szczególnie pana Browna, nie było łatwe. Familijne kino bywa tu stereotypowe i pełne uproszczeń - małżonek w garniturze zajmuje się szacowaniem ryzyka, a jego kolorowo ubrana żona ilustruje książki, ale całość zagrana jest na poziomie, pełna wdzięku i humoru. Realizatorzy wiedzą, kiedy puścić do nas oko. Przykładem moment, w którym ilustratorka zdaje sobie sprawę, jaką twarz powinien mieć bohater jej najnowszej opowieści.

Sally Hawkins i Hugh Bonneville tworzą dobraną parę, Peter Capaldi i Julie Walters doskonale sprawdzają się w kreowaniu postaci przerysowanych, a wisienką na torcie jest Nicole Kidman. Tak stylowego czarnego charakteru w familijnej historii nie było odkąd z ekranów zeszła Cruella de Mon w wykonaniu Glenn Close. Paddingtonowe perypetie przypominają sposobem opowiadania nie tylko filmy z serii o Harrym Potterze, ale także "Kevina samego w domu". Familijny kryminał treści dydaktyczne przemyca nie wprost. Na przykład scenki z sąsiadem Currym to lekcja na temat rasizmu i ksenofobii. Wizualnie to zaś uczta. Jak słusznie twierdzą anglosascy krytycy, takiego sposobu pokazywania Londynu nie powstydziłby się Wes Anderson. Żaden miś nie ucierpiał w trakcie kręcenia tego filmu, a Paddington wręcz wiele może na nim zyskać. Pozwólcie sobie na odrobinę brytyjskości w te święta, niekoniecznie pod postacią puddingu. "Paddington" na pokazie przedpremierowym wystarczy.

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama