Walczą o bezpieczną żywność (LIST DO PREMIER KOPACZ)

Elżbieta Osowicz | Utworzono: 2015-03-23 16:31 | Zmodyfikowano: 2015-03-23 16:34
A|A|A

Premier Ewa Kopacz (Fot. www.premier.gov.pl)

Ich córka wiedziała, że jest uczulona, ale informacja na opakowaniu była niejednoznaczna. Na opakowaniu nie było napisane, że produkt zawiera orzeszki arachidowe. Producent użył określenia "Może zawierać", które stosuje się przy śladowych ilościach alergenu. To zdaniem rodziców wprowadziło dziecko w błąd.

Natychmiastowe podanie adrenaliny i reanimacja nie pomogły. Odpowiedź z ministerstwa jest zdawkowa i ograniczająca się do stwierdzenia, że przepisy dotyczące oznakowania są wystarczające. Rodzice publikują list na portalach społecznościowych, zakładają także profesjonalną stronę internetową, aby edukować innych, którzy mogą być narażeni na podobną tragedię. Razem z lekarzami rozpoczynają też ogólnopolską kampanię "Bezpieczna Żywność". Ich list (publikujemy go poniżej) oraz opis walki można znaleźć na stronie Poszukiwacze bezpiecznej żywności.

O dramacie i zmaganiach o normalność opowiada m.in. reportaż "Trzy czekoladki":

MAMA MARTYNKI PISZE LIST OTWARTY DO PREMIER KOPACZ

Premier Polski Prezes Rady Ministrów
Szanowna Pani
Ewa Kopacz

Dotyczy: Tragicznego wypadku konsumenckiego, skutkującego śmiercią alergicznego dziecka, wskutek niebezpiecznej i źle oznakowanej żywności dopuszczonej do obrotu w Polsce.

Szanowna Pani Premier,

Piszę do Pani w wyjątkowej sytuacji aby zwrócić Pani uwagę na ogromny problem społeczny. Problem ten dotyczy 40% społeczeństwa z czego w większości dzieci. Jestem mamą dwóch córek... Jednej z nich, 1 sierpnia bieżącego roku, życie odebrały trzy czekoladki. Aby zrozumieć istotę problemu proszę Panią o cierpliwe zapoznanie się z historią mojej córeczki.

O alergii naszej córki dowiedzieliśmy się zanim Martynka skończyła 2 lata. Córka była karmiona piersią rok i osiem miesięcy. Niedługo po odstawieniu od piersi Martynka zareagowała ostrą reakcją alergiczną na nieznany nam alergen. Z półprzytomnym dzieckiem w ciągu trzech minut znaleźliśmy się w przychodni obok której mieszkaliśmy. Po podaniu zastrzyku sterydowego dziecko doszło do siebie, ale mimo tego odesłano nas karetką do szpitala, którego załoga akurat strajkowała. Gdy zapytałam o to, jakie badania są planowane odpowiedziano mi, że żadne, oprócz obserwacji. Wypisałam dziecko na własne żądanie. Nie dostaliśmy wypisu, epikryzy medycznej ani żadnych innych zaleceń, nic oprócz wyników badań krwi i moczu wpisanych do książeczki zdrowia dziecka. Następnego dnia zrobiliśmy Martynce prywatnie testy z krwi, na obecność przeciwciał kilkunastu alergenów (wziewnych i pokarmowych). Wyniki wykazały alergię na białka mleka krowiego i jaja kurzego oraz wysoką klasę uczulenia na orzechy ziemne.

Od tamtej pory bezwzględnie przestrzegaliśmy diety wyszukując specyficznych zamienników i eliminując produkty z alergenami. W wieku dwóch i pół lat Martynce przytrafiła się długotrwała infekcja leczona kilkoma (źle dobranymi naszym skromnym zdaniem) antybiotykami. W efekcie Martynka w stanie ciężkim z ostrymi dusznościami trafiła do szpitala. Baliśmy się o jej życie, nasłuchiwaliśmy jej oddechu. Po tej chorobie pozostała pamiątka w postaci nadreaktywności oskrzeli przy infekcjach. Kilka miesięcy później podczas prywatnej wizyty u alergologa poprosiłam o skierowanie do Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc w Rabce. Lekarz pierwszego kontaktu wcześniej odmówił, mimo regularnych duszności dziecka. Badania przeprowadzone w Instytucie potwierdziły wyniki wcześniejszych testów alergologicznych oraz dodatkowo stwierdzono astmę infekcyjną. Nadal stosowaliśmy ścisłą dietę. Do tego doszły inhalacje trzy razy dziennie z oklepywaniem. Przy każdym zaczynającym się katarze od razu robiliśmy wymaz z nosa, aby w przypadku rozwoju infekcji lekarz mógł trafnie dobrać lek.

O przedszkolu nie było mowy. Dostosowaliśmy nasze życie tak, aby pracować i na zmianę z mężem opiekować się córką – ja w szkole na popołudniowych zajęciach, mąż rano zdalnie w domu i wieczorami w radiu. Podjęliśmy decyzję przeprowadzki z wrocławskiego bloku przy ruchliwej ulicy na wieś. Sprzedaliśmy mieszkanie, spłaciliśmy kredyt i wzięliśmy następny. W ciągu roku wynajmu wybudowaliśmy dom w Jordanowie Śląskim. W kwietniu 2010, dwa miesiące przed przeprowadzką, na świecie pojawiła się siostra Martynki – Marlenka. Martynka miała wówczas pięć lat. Stan zdrowia Martynki poprawił się na tyle, że postanowiliśmy zapisać ją od września do oddziału pięciolatków w tutejszej szkole. W jordanowskiej przychodni rodzinnej poprosiliśmy o skierowanie do Instytutu w Rabce i kilka miesięcy później pojechaliśmy na badania. Wróciliśmy szczęśliwi. Martynka wyszła z alergii na mleko i jajko. Zostały jeszcze te nieszczęsne orzechy arachidowe i to w najwyższej 6 klasie. Ale cieszyliśmy się bo przecież orzechy te nie są niezbędnym składnikiem diety i można bez nich żyć, a ja w końcu mogłam córce upiec ciasto na swojskich jajkach.

Przy Marlence byliśmy już szczególnie wyczuleni. Mleko modyfikowane hypoalergiczne zastąpiło mleko mamy dopiero po dwóch latach i trzech miesiącach. Na krótko. Przy pierwszej próbie wprowadzenia masła zaobserwowaliśmy niepokojące objawy alergiczne co poskutkowało odstawieniem również mleka modyfikowanego. Wiedzieliśmy już jaką dietę zastosować i jak chronić Marlenkę przed infekcjami – do dziś nie wie co to antybiotyk. Mimo to testy nadal wykazują wysoką klasę uczulenia na białka mleka krowiego.

Wróćmy teraz do Martynki. Nasza córka nie tylko chodziła normalnie do szkoły ale również była wyróżniającą się w nauce uczennicą. Lata spędzone z rodzicami w domu zaowocowały tym, że Martynka już od wieku trzech lat nagrywała wraz z tatą lektorskie spoty aby w wieku lat ośmiu być bardzo dojrzałą (jak na swój wiek) lektorką nagrywającą reklamy w domowym studiu. Miała świetną pamięć i dykcję oraz szczególną wrażliwość. My – rodzice, aby być blisko swoich dzieci i pogodzić to z pracą, założyliśmy w naszym domu punkt przedszkolny dla małej grupy okolicznych maluchów.

Duszności Martynki stały się incydentami przy infekcjach, które także zdarzały się sporadycznie. Aby stosować uważną dietę robiliśmy zakupy sprawdzając skład każdego produktu i martwiło nas to, że coraz mniej z nich nie zawiera mleka lub orzechów arachidowych. Pragniemy zwrócić uwagę na fakt, że przez cały okres leczenia tak ogólnego jak i specjalistycznego, mimo najwyższej klasy uczulenia, ŻADEN Z LEKARZY (PRZYCHODNI NFZ, PRYWATNEJ PRAKTYKI CZY SZPITALA), a mieliśmy do czynienia z bardzo wieloma lekarzami - pediatrami, alergologami, pulmonologami - nie zwrócił naszej uwagi na ryzyko wstrząsu, nie wydał żadnych zaleceń dotyczących tego, co i jak zrobić w razie jego wystąpienia. Jesteśmy świadomymi rodzicami dlatego też, mimo braku lekarskich zaleceń, poprosiliśmy o wypisanie recepty na adrenalinę.

Martynka była bardzo świadoma swojej alergii. Wiedziała co może a czego nie. Zawsze pytała – „Czy mogę to zjeść? Czy w tym są orzechy ziemne?” Częstowana czymś jej nieznanym odmawiała bądź przychodziła z pytaniem do nas. Nasza córka rozpoczęła naukę szkolną. Posiłki nadal jadła w domu a jej drugie śniadania wychowawczyni stawiała za wzór w klasie. Razem sprawdziliśmy produkty w szkolnym sklepiku aby wiedziała co ewentualnie może sobie kupić. Gdy w okresie przedświątecznym poprosiliśmy o to, by mikołajowa paczka dla Martynki złożona była z owoców zamiast ze słodyczy, rodzice pozostałych dzieci podchwycili ten pomysł. Martynka świetnie się uczyła, już płynnie czytała, tworzyła bardzo kreatywne prace plastyczne, trenowała akrobatykę sportową a na rowerze pokonywała trasy nawet trzydziestokilometrowe. Była bardzo kontaktowa, lubiana i miała wielu przyjaciół.

Tydzień zeszłorocznych ferii Martynka spędziła u dziadka . W maju przystąpiła do pierwszej komunii a pod koniec lipca wyjechała na organizowane przez szkołę czterodniowe warsztaty plastyczne. To był jej pierwszy samodzielny wyjazd w obce miejsce. Wyjazd, na którym nikt nie był tak bardzo świadomy alergii Martynki jak ona sama. Byliśmy bardzo szczęśliwi odbierając ją. Choć mało kto chyba zdawał sobie sprawę, że my rodzice alergicznego dziecka byliśmy szczęśliwi i dumni podwójnie. Nasza córeczka wróciła bardziej dojrzała. Podarowała nam jeszcze bardzo piękny tydzień – ostatni.

30 lipca zamykaliśmy nasze przedszkole. Rodzice w podziękowaniu przynieśli nam czekoladki. Rozpoczynaliśmy nasze wspólne rodzinne wakacje. Miały zacząć się pięknie – ślubem i weselem naszej przedszkolanki Natalii. To miało być pierwsze wesele od 8 lat, na które mogliśmy w końcu pójść i to całą rodziną. Byliśmy prawie gotowi. Dziewczynki miały piękne, jednakowe sukienki. Feralnego dnia ugotowałam obiad i pojechałam do Wrocławia jeszcze po drobne zakupy. Mąż kosił trawę. Przyjechali dziadkowie, którzy przywieźli domowe pierogi, dla Marlenki specjalne ruskie bez sera. O 19.00 stojąc przy kasie odebrałam telefon od męża, który drżącym głosem pytał, co robić bo „...Martynka mi zaraz odpłynie, zjadła trzy czekoladki, musiały być w nich orzechy...” Adrenalina była w lodówce, powiedziałam, żeby podał natychmiast w mięsień, w udo lub ramię. Zadzwoniłam do sąsiadki by biegła pomóc bo powrót z Wrocławia zajmie mi ok. 20 minut. W międzyczasie zadzwoniłam na pogotowie – karetka i śmigłowiec były już w drodze. Wybiegłam ze sklepu, jechałam do domu a oni walczyli. Jeszcze przed przyjazdem karetki sąsiad - ratownik medyczny podał drugą adrenalinę i nadal z mężem reanimowali Martynkę. Karetka i śmigłowiec ratowniczy dotarli po około 20 minutach. Dojechałam kilka minut później już w trakcie reanimacji prowadzonej przez zespół ratowniczy. Parametry życiowe wróciły. Mieliśmy nadzieję... Po przełożeniu na nosze znowu ją straciliśmy a potem znów odzyskaliśmy. W tak niestabilnym stanie transport śmigłowcem był niemożliwy. Jechaliśmy za karetką do szpitala. Martynka nie wyjechała z Jordanowa. Karetka zatrzymała się pod domem pana młodego, u którego Martynka nazajutrz miała bawić się na weselu. Wiedzieliśmy, że jest źle. Modliliśmy się... Kolejna reanimacja....I koniec. Po 2,4 h walki gest głowy płaczącej ratowniczki... Ostatni raz wytuliliśmy naszą córeczkę. Jeszcze tak bliska Martynce (ze wzajemnością) panna młoda – nasza Natalia, sąsiedzi i rodzina... Dobrze, że byli przy nas nas, zwłaszcza, że mimo próśb lekarzy pogotowia, trzech psychologów odmówiło przyjazdu w najtrudniejszej chwili naszego życia.

Martynka umarła na skutek wstrząsu anafilaktycznego wywołanego przez trzy czekoladki. Reakcja postępowała błyskawicznie . Martynka zdążyła powiedzieć swojemu ojcu: „Zjadłam trzy czekoladki... Tato ja umieram”. Zgodziliśmy się na sekcję zwłok, w wyniku której nie znaleziono innej przyczyny zgonu. Czekoladki zgłosiliśmy jako dowód – zostały zabezpieczone przez policję. Prokuratura umorzyła sprawę nawet nie zbadawszy składu czekoladek. Naszym zdaniem sprawa została potraktowana tak jakby chodziło o kradzież bombonierki a nie o śmierć dziecka. Decyzją prokuratury wezwano nas (rodziców i dziadków) na kolejne złożenie zeznań. Prokuratura nie podjęła żadnych działań względem produktu żywnościowego, sposobu jego opakowania, oznaczenia, sposobu informowania klientów o jego składzie, a produkt ten, nadal występujący w sklepach, jest bezpośrednią przyczyną wstrząsu oraz śmierci naszego dziecka.

W celu zbadania czekoladek obdzwoniliśmy wszystkie urzędy (łącznie z Głównym Inspektoratem Sanitarnym i Narodowym Instytutem Zdrowia Publicznego) i wszędzie odpowiedziano nam, że takiej możliwości nie ma, i że jednostki te w razie potrzeby korzystają z usług prywatnych, certyfikowanych laboratoriów. Znaleźliśmy laboratorium, które zgodziło się przeprowadzić badanie próbek z innego opakowania takiej samej bombonierki, tej samej firmy na obecność ilości alergenów orzechów arachidowych. Wykonywany test wykrywał zawartość alergenu w wysokości do 1000 mg/kg. Dziś już wiemy, że wartość ta została przekroczona. Nie wiemy o ile albo ilekroć. Szczegółowe badania wiążą się z wysokimi kosztami i obecnie nie możemy sobie na nie pozwolić. Jednak bardzo zależy nam na zbadaniu czekoladek z tej konkretnej, będącej obecnie w dyspozycji prokuratury bombonierki. Złożyliśmy zażalenie na postanowienie o umorzeniu postępowania przez Prokuraturę w Strzelinie. Obecnie sprawa na skutek decyzji sądu wróciła do prokuratury.

Na czekoladkach, które zabiły nasze dziecko było napisane: ZAWIERA ORZECHY. MOŻE ZAWIERAĆ ORZECHY ARACHIDOWE. Martynka nie była uczulona na inne orzechy. Wiemy, że ten mylny zlepek informacji był niewystarczający dla nas dorosłych, co dopiero dla dziecka, nawet tak świadomego zagrożenia jak Martynka. Komunikat „...MOŻE ZAWIERAĆ...” jest tylko przypuszczeniem. Potwierdza to będąca w naszym posiadaniu analiza językowa Profesora Jana Miodka. Do dnia śmierci Martynki traktowaliśmy to w ten sposób, że producent zna swój produkt, dokłada wszelkich starań aby zanieczyszczeń uniknąć a ewentualna zawartość alergenu jest na granicy wykrywalności. Ilość 1000 mg/ kg to nie jest ilość na granicy wykrywalności. Wykrywa się już ilości poniżej 10 mg na 1 kg masy produktu. Martynka nigdy nie zjadłaby niczego na czym napisane byłoby „ZAWIERA ORZECHY ARACHIDOWE”. Dziś wiemy, że komunikat „...MOŻE ZAWIERAĆ...” oznacza, że producent NIE WIE CO SPRZEDAJE LUB ŚWIADOMIE OSZUKUJE LUDZI, i że zamieszczenie tego mylnego hasła daje mu na to prawne przyzwolenie. PRAWNE PRZYZWOLENIE NA STOSOWANIE W SKŁADZIE PRODUKTÓW DOWOLNYCH ILOŚCI ALERGENÓW i ZAFAŁSZOWYWANIE TEGO FAKTU MARKETINGOWYMI HASŁAMI. To praktyka powszechnie stosowana przez duże koncerny w tym producenta tragicznej w skutkach dla Martynki bombonierki. Już po śmierci Martynki dowiedzieliśmy się, że podobne zdarzenia miały miejsce w 1998 roku w Kanadzie. Tamtejszy rząd wycofał z rynku taki produkt i wydał społeczne ostrzeżenie o zagrożeniu życia i zdrowia. W Finlandii istnieje jednostka odpowiadająca naszemu systemowi wczesnego ostrzegania, która wysyła w takich sytuacjach alerty dla alergików subskrybujących informacje. Polski Główny Inspektor Sanitarny kraju zlekceważył mój telefon (bo jak nazwać odesłanie mnie do laboratorium). Martynce już żadne badania życia nie wrócą. Chodzi o życie innych obywateli.

NIEJASNE OPISY: „MOŻE ZAWIERAĆ...”, „W ZAKŁADZIE PAKOWANE SĄ..” „NA LINI PRODUKCYJNEJ UŻYWA SIĘ”...- opisy, które zrzucają odpowiedzialność i ryzyko na konsumenta, również na dzieci. Gdyby zamiast takich niejasnych opisów był jasny komunikat ZAWIERA lub NIE ZAWIERA albo znak graficzny przestrzegający dzieci przed najpowszechniejszymi alergenami Martynka nie podjęłaby tej tragicznej w skutkach decyzji. Była DZIECKIEM, które w sytuacji codziennych ludzkich spraw, potrafiąc czytać, stanęło przed decyzją przerzuconą nań przez producenta, nie przez rodziców. Podobnie tysiące dzieci naraża życie stając przed decyzją zakupu produktu w szkolnym sklepiku. Podjęła ją w domu – miejscu gdzie czuła się najbezpieczniej – w pobliżu był rodzic, tu były leki w razie reakcji alergicznej. Nie pomogła adrenalina i udzielenie pierwszej pomocy. Jako rodzice robiliśmy wszystko aby uchronić nasze dziecko i aby mogło oraz umiało chronić się samo. Jak dobrze potrafiła się pilnować pokazał jej samodzielny wyjazd. Producenci wymyślają coraz to nowe komunikaty aby alergikom nie napisać nie tylko „ STOP ZABIJA” ale nawet po prostu "ZAWIERA". Jutro może umrzeć kolejne dziecko – ofiara bezprawia i specjalistów od marketingu.

Prokuratura szuka winy po naszej stronie? W Polsce trudniej uwierzyć normalnym kochającym rodzicom niż szukającej zysków korporacji? Jak wytłumaczyć fakt oporu prokuratury w przebadaniu czekoladek? Czemu służy luka prawna nie określająca ilości, powyżej której dany składnik musi być podany jako składnik a nie jako przypuszczenie o jego obecności? Skoro rząd wyraża na to zgodę to gdzie kampania społeczna uświadamiająca ludziom ten fakt? Gdzie profilaktyka lekarska? Gdzie adrenalina, która powinna być w każdej szkole?

Świadomość społeczna dotycząca zdrowego odżywiania oraz jego wpływu na zdrowie rośnie, mimo tego w żywności mamy coraz więcej rakotwórczej chemii oraz zanieczyszczeń alergenami. Każdemu polecam eksperyment – świadome zakupy z przeczytaniem składu, każdego produktu – ja robię to za każdym razem. Po co komu w wędlinach mleko? Zdrowe, czyste produkty są nam bardziej potrzebne niż orzechy ziemne. Tymczasem to tych pierwszych trzeba szukać za pośrednictwem internetu lub produkować je samodzielnie w miarę możliwości. W sklepie opadają ręce – częstokroć dochodzę do stwierdzenia, że nie mam czym karmić dziecka – trzymam w ręce paczkę z mrożonym szpinakiem, czytam opis i chce mi się płakać bo „...może zawierać mleko”. Następny produkt – to samo itd. Nawet przyprawy pieprz, czy bazylia. Moja młodsza córeczka za jakiś czas zacznie podejmować samodzielne decyzje... Jak mamy żyć z tak ogromnym poczuciem lęku? Nie wystarczy nasza świadomość, świadomość dziecka ani edukacja środowiska lokalnego. Potrzebna jest zmiana prawa bo prawo, które pozwala zanieczyszczać żywność alergenami w imię ograniczania kosztów produkcji, w celu maksymalizacji i tak ogromnych przychodów korporacji, a wskutek tego zabijać ludzi, to złe prawo. A dzieci powinny być chronione szczególnie. Żeby zagwarantować im bezpieczeństwo nie wystarczy wycofanie zupek chińskich ze szkolnych sklepików.

Instytucje państwowe zupełnie lekceważą ogromny problem niejasnego i niewystarczalnego opisu składu produktów – problem, który dotyczy około 40% społeczeństwa, alergików z których większość to dzieci. Takie złe praktyki producenckie - niejasne opisy np. „...Może zawierać... W zakładzie pakowane (lub używane) są...” ukrywanie lub zafałszowywanie informacji dla alergików - powinny być karane. Dobre praktyki w rzetelnej informacji dla alergików na produktach żywnościowych to rzadkość. Dla kontrastu przytoczę przykład informacji na papierosach – produkcie dla dorosłego odbiorcy. Ogromne litery – PALENIE ZABIJA itp. Zanieczyszczenie żywności to problem masowy i tragiczny w skutkach. Taka powszechna praktyka producencka prowadzi do rosnącej alergizacji społeczeństwa (orzechy ziemne są nawet w tak prostym produkcie jak sól kamienna, której np. kobiety w ciąży używają jako tej zdrowszej). W ten sam sposób (przez ograniczanie kosztów) dochodzi do zanieczyszczeń leków i szczepionek ale to już osobny temat. Warto więc masowym producentom przypomnieć stwierdzenie starożytnego filozofa - „Jemy po to by żyć, a nie żyjemy po to by jeść”. My, rodzice alergicznych dzieci (ale nie tylko my!) chcemy kupować bezpieczną żywność, jasno oznakowaną – również dla dzieci (graficznie) - produkowaną przez odpowiedzialnych producentów. Chcemy by prawo służyło dobrym praktykom i najwyższej wartości jaką jest życie ludzkie. Potrzebne jest dobre prawo, takie, które pomaga chronić dzieci i rodziny a nie korporacje.

Pani Premier, wierzymy w możliwość zmian i chcemy zmian na lepsze. W tak trudnej dla nas sytuacji staramy się ze wszystkich sił być odpowiedzialnymi rodzicami, pracować by móc spłacać kredyt, utrzymać dom i walczyć z całym systemem, bo żyć w takim systemie się nie da. W dodatku to, że zawodzą systemowe rozwiązania lub po prostu ich brak, nie uzasadnia działań prokuratury. Tymczasem miejscowa przychodnia miesiąc po śmierci Martynki organizuje przesiewowe testy alergiczne dla mieszkańców gminy w promocyjnej cenie. Skorzystaliśmy również z tej oferty. Wyniki jednak wzbudziły niepokój niektórych pacjentów, w tym nasz, więc postanowiliśmy powtórzyć testy w sprawdzonym wcześniej przez nas laboratorium we Wrocławiu. Zatrważa nas fakt, że wyniki testów zorganizowanych w naszej przychodni zostały sfałszowane, lub testy były tak niskiej jakości, że przekłamywały obraz alergii (poziomu IgE) o kilka klas. Zgłosiliśmy ten fakt lekarzowi prowadzącemu przychodnię, udostępniając mu wyniki testów kilku osób. Pani doktor obiecała coś z tym zrobić i na tym koniec.

Podsumowując - istnieje duży dysonans między systemem (lub jego działaniem) a życiem polskiej rodziny. Na skutek tego dochodzi do paradoksów i absurdów. Z pewnością może Pani znaleźć sposób aby to zmienić.

Szanowna Pani Premier, jest Pani matką, była Pani ministrem zdrowia. Wierzę, że rozumie Pani wagę problemu. To, że dziś ktoś nie jest alergikiem nie oznacza, że nie będzie nim jutro. Problem ten dotyczy wszystkich. Nie tak dawno Martynka obchodziłaby 9 urodziny. Jesteśmy zrozpaczeni. To cicha rozpacz, bez histerii i chociaż już nic nie mogę dla Martynki zrobić, to staram się pokonać tę rozpacz dla mojej młodszej córki, mojego męża, dla siebie i innych. Pragnę prosić Panią o pomoc bo w całym naszym systemie edukacji, ochrony zdrowia, czy prawa czujemy się osamotnieni w tej dziewięcioletniej walce o zdrowie i życie naszych dzieci. Jestem medalistką Mistrzostw Europy i Świata odznaczoną przez Premiera Polski Krzysztofa Bieleckiego za wybitne osiągnięcia sportowe w reprezentowaniu Polski na arenie międzynarodowej, nauczycielem wychowania fizycznego, nauczycielem wychowania zdrowotnego, doradcą zawodowym, założycielką przedszkola, ale przede wszystkim mamą – rodzicem, któremu nikt nie pomógł na żadnym etapie tej walki. Takich rodzin osamotnionych w walce z alergią jest bardzo dużo. To sprawa społeczna, za którą nasza córka zapłaciła najwyższą cenę.

Pani Premier bardzo proszę o odpowiedź w imieniu władz publicznych, których zadaniem jest przecież ochrona konsumentów, rodziny oraz dzieci – obywateli Rzeczypospolitej.

Mama alergicznych dzieci i żona alergika
Małgorzata Młyńska

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama