Pan Turner ****** (RECENZJA IANA PELCZARA)

Jan Pelczar | Utworzono: 2015-08-14 06:57 | Zmodyfikowano: 2015-08-14 07:06

Ponad 260 lat po śmierci William Turner doczekał się na swój temat dzieła sztuki, które dorównuje jego dokonaniom. Mike Leigh, twórca jedynych w swoim rodzaju brytyjskich komediodramatów społecznych, pozostał wierny sposobowi w jaki patrzy na świat. Ubrał aktorów w kostium, ale nie silił się na niepotrzebną oryginalność. W swoim pierwszym filmie zrealizowanym z pomocą kamery cyfrowej nadal współpracuje z genialnym operatorem Dickiem Popem. Dzięki tej współpracy słowa „obraz” możemy używać nie tylko jako synonimu słowa „film”. Autor zdjęć w każdym kadrze zanurza nas w turnerowskim świecie i świetle. Widzimy te problemy, które są istotne dla Mike’a Leigh, ale patrzymy w sposób, w jaki widział William Turner. Od pierwszego ujęcia, gdy podpatrujemy malarza, szkicującego przy wschodzie słońca na holenderskich polach, na ekranie wyświetla się seria niezwykłych obrazów. Pozostawienie Pope’a jedynie z nominacją do Oscara, a bez statuetki, jest dla mnie błędem amerykańskiej akademii, podobnym do ukazanej w filmie reakcji brytyjskich akademików na dzieła z późniejszego okresu twórczości Turnera. Pope’a docenili przynajmniej w Cannes, gdzie nagrodę dostał także Timothy Spall za kreację z gatunku „rola życia”. Aktor, który swoje najważniejsze, ale drugoplanowe występy, także zawdzięcza filmom Mike’a Leigh, stworzył wszechogarniający wizerunek Turnera. Postać zbudowana z chrząknięć i pomruków, pozornie wyniosła i nieczuła, okazuje się wrażliwa, współczująca, a przede wszystkim niezwykle uważna w kontakcie ze światem. Sens tworzenia, potrzeba sztuki, pozbawiona jest metafor i konfliktów, którymi zwykle upstrzone są filmowe biografie artystów. Leigh patrzy na Turnera jak na człowieka pracy. To jest Pan Turner – Mr. Turner, nie Sir Turner, nie profesor Turner.

Scenariusz napisany przez Mike’a Leigh, złożony z sytuacji prawdziwych i wymyślonych, uświadamia jak wyglądałoby epickie kino z epoki w stylu Woody’ego Allena. Nowojorczyk kręci ostatnio słabsze filmy, ale salonowe konwersacje u Mike’a Leigh przypominają dialogi z najznamienitszych jego dokonań. Szermierka słowna skrzy tu nawet w temacie agrestu. Kompozycji filmu nie można nic zarzucić, a każda rola wygrana jest bez fałszywej sceny. Ze zbiorowymi choreografiami podczas wystaw włącznie. Pojedynek na plamy pomiędzy Turnerem i Constablem pokazuje w jednej sekwencji tyle, co w przeszłości całkiem udane pełnometrażowe dzieła poświęcone artystycznym rywalizacjom. Pod koniec filmu pada znana sentencja Turnera, że „słońce jest bogiem”. Widz jest na nią przygotowany, tak długo świadkuje podwójnemu pod wieloma względami życiu artysty, że traktuje te słowa jako naturalne stwierdzenie faktu. Leigh nie postawił Turnerowi pomnika, nawet jego poświęcenie dla sztuki, słynne przywiązywanie się do masztu w czasie morskiej burzy, potrafił sprowadzić na ziemię trywialnym kontrapunktem zapalenia płuc.

Posłuchaj nowohoryzontowej reakcji: Polska premiera Pana Turnera

Wtedy o malarza dba wdowa (Marion Bailey) prowadząca nadmorski pensjonat, do którego Turner przyjeżdżał w poszukiwaniu plenerów, ale pod pseudonimem. W Londynie zostawiał kochankę (Dorothy Atkinson), ale przede wszystkim pokojówkę i służącą. Sypiał z nią, ale bez okazywania czułości. Ona trwała przy nim do końca. Jej psia perspektywa, z której oglądamy finał, jest wstrząsająca. Podobnie jak intuicja Turnera, pod koniec życia zafascynowanego potęgą fotografii. Widział w niej schyłek malarstwa, dla swojej sztuki szukał nowych środków wyrazu, nowej roli. Potrafił pogodzić żywioły na płótnie, nie udawało mu się to w życiu. Prawdziwą bliskość zachował z ojcem (Paul Jesson), który pozostawał do końca sił pomocnikiem malarza. Własne dzieci odrzucił, nie akceptując sposobu bycia ich matki. Od pieniędzy ważniejsze były obrazy. Dzięki temu ich pełną kolekcję można podziwiać w Tate Britain. Obserwujemy w nich walkę światła i mgły, patrzymy na naturę, ustępującą miejsca przemysłowi. Postęp, zgodnie z intuicją Turnera, nie oznaczał poprawy. Dziś malarz znów biegłby do wyłowionej z Tamizy topielicy. Ubiec mógłby go jedynie paparazzi. Albo amator drastycznych selfies. Artystę definiuje tu nie intuicja, a intencja. Zawsze zostaje symboliczny gest przetarcia szyby, rzucenia światła. Równolegle Leigh pokazuje nam bezradność, przytłoczenie cierpieniem. „Pan Turner” pozwala pamiętać i o artyście i o jego losie.


Komentarze (1)
Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
~Lux2015-09-24 16:29:20 z adresu IP: (87.99.xxx.xxx)
Turner zmarł w 1851 r.