Deadpool czy Brooklyn?

Jan Pelczar | Utworzono: 2016-02-18 19:20 | Zmodyfikowano: 2016-02-18 19:20
A|A|A

IŚĆ

DEADPOOL *****

Jak mógł się w Polsce nie spodobać film, w którym jednym z głównych artefaktów miłosnych jest konkurs „kto ma gorzej"? Oczywiście, że się spodobał. I świetnie, że byliśmy jedynym krajem, w którym „Deadpool" nie był najpopularniejszym filmem w weekend otwarcia, bo może „Planeta singli" doczeka się zainteresowania wielkich studiów, jak kiedyś „Kiler", gdy zatopił „Titanica". Z amerykańskiej wersji historii warszawskiego taksówkarza niewiele wyszło, ale narzekanie, że Polacy nie znają się na komiksach i omijają kolejne filmy o superbohaterach szerokim łukiem, też jest pozbawione podstaw. Skoro po latach doczekali się wreszcie – jak mówią niemal wszyscy – dobrej polskiej komedii romantycznej, to poszli oglądać, jak złoty pociąg pod Wałbrzychem, Bollywood w Tatrach, lub Yetiego.



Co mieli wiedzieć o Deadpoolu, skoro komiksów nie czytają? Dzięki produkcjom filmowym Marvela znają się jednak rodacy coraz lepiej na bohaterach kinowych i serialowych adaptacji. Jeszcze niedawno czekanie po filmie z tej stajni na scenę po napisach wiązało się z koniecznością pozostawania sam na sam z obsługą, która wymiata popcorn spod foteli. Na „Deadpoolu" byłem w środku tygodnia na wieczornym seansie w Multikinie i na napisach grzecznie czekało z 80 osób. A przed seansem przetrwali pół godziny reklam i gigantyczne kolejki do kas, w których bilety sprzedaje się teraz jako dodatek do jedzenia. „Deadpool" jest doskonałym lekarstwem na frustrację po takim przymusowym czasie spędzonym w samym środku centrum handlowego. Konkurs „kto ma gorzej" tytułowy bohater wygrywa w cuglach i w dodatku zastępuje znajomych. Być może lubiliście chodzić na filmy o superbohaterach z kimś, kto przekłuwa balon amerykańskiego patosu, rzuca celne żarty w kierunku ekranu i wygłasza błyskotliwe komentarze dotyczące aktorów. Deadpool jest bohaterem, który robi to wszystko za kinomanów, a jednocześnie popycha akcję do przodu. Często w dosłownym popychania znaczeniu. Jest pieprznie, zabawnie, ale z zachowaniem wszelkich prawideł gatunku. Ich autoironiczny rozbiór następuje już na napisach początkowych. W trakcie filmu o zamaskowanym mścicielu jeszcze wiele razy mamy przeróżne zwroty do kamery oraz do innych postaci. Tak, jakby Frank Underwood rzucił urząd, zaczął biegać w czerwonym kostiumie, a na doradcę wziął Ricky'ego Gervaisa. Mógłbym tak cały rok.



NIE IŚĆ

BROOKLYN ***

Na drugim biegunie stawiam „Brooklyn". To moje największe rozczarowanie w zestawieniu tegorocznych filmów oscarowych. Niby ma tylko trzy nominacje, ale w tym za najlepszy film i coś mi mówi, że ta produkcja zabrała to miejsce jakimś dobrym dziełom niezależnym. Ostatni American Film Festival pokazał nam, że było w czym wybierać, a Amerykańska Akademia Filmowa wybrała sobie „Brooklyn".

Z filmów, które wyglądają jak pokolorowane zdjęcia z archiwum dobrego fotografa trzeba było postawić na „Carol". Wyżej oceniono lukrowane fundamenty pod jedno z najsłynniejszych miejsc Nowego Jorku. „Brooklyn" to historia miłosna o imigrantce, która znajduje nowy dom w tytułowej dzielnicy. Saoirse Ronan gra dziewczynę z Irlandii doprawdy fenomenalnie i z jej nominacji akurat się cieszę, ale Nick Hornby napisał jej i innym aktorom tak banalny i ckliwy scenariusz, że jego kolekcja płyt przewraca się na półkach. Wyobraźcie sobie „Titanica" bez katastrofy. Albo „Tajemnicę morderstwa na Manhattanie" bez tajemnicy, bez morderstwa i bez Manhattanu. Zostanie wam „‚Brooklyn" Johna Crowleya.

 

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama