Recenzje Iana Pelczara: BABY BUMP *****

Jan Pelczar | Utworzono: 2016-06-03 13:56 | Zmodyfikowano: 2016-06-03 13:56
A|A|A

Dzieciństwo jako zadanie dla dorosłego. Odkrywanie własnego ciała i budowanie relacji z innymi w świecie przetworzeń, sztuczności. Różu, samplu, oszustwa, akwizycji i braku zaufania. Młody geniusz Kacper Olszewski gra chłopaka, który musi zmierzyć się z tym, że jego ciało właśnie zaczęło się zmieniać. Agnieszka Podsiadlik jest świetna jako przytłoczona telekonsumpcją Mamuśka, Halina Rasiakówna sprawdza się w epizodzie ucieleśniającym instytucjonalną opresyjność. W obrazie, dźwięku, muzyce, połączeniu kina aktorskiego z animacją, „Baby Bump” znajduje klucz do opowiadania o dojrzewaniu. Wynaleziona zostaje forma do oddania gorączki dorastania.

Ze wszystkich udanych debiutów polskiego kina ostatnich lat ten jest najbardziej bezkompromisowy i oryginalny. Tym gorzej świadczy o polityce naszych dystrybutorów, że tak długo czekaliśmy na premierę „Baby Bump”. Doczekaliśmy się dzięki uporowi producentów. Gdybyśmy polegali na wierze odpowiedzialnych za repertuary w nowe głosy rodzimego filmu, czekalibyśmy jeszcze długo. Paradoksalnie wyczekiwany film Kuby Czekaja ma dzięki temu szansę na większą widownię niż „Córki dancingu” Agnieszki Smoczyńskiej, wypuszczone w niefortunnym terminie i jeszcze przed sukcesem w Sundance. Kinomani nasłuchali się o „Baby Bump” od nagrody w Wenecji latem 2015 roku. Premierze filmu, zrealizowanego dzięki wsparciu prestiżowej sekcji włoskiego festiwalu, która wspiera młode talenty, towarzyszyły zachwyty krytyków.

Baby Bump / trailer from Kuba Czekaj on Vimeo.

W Polsce czytaliśmy o nowym głosie polskiego kina, reżyserskiej indywidualności, „najbardziej wyrazistej od lat”. W innych stronach świata pisano o połączeniu Lyncha z Disneyem, przekroczeniu granic kina, filmowym komiksie i punkowym uderzeniu. Wszystko prawda. Czekaj wchodzi z glanami w grzeczny świat telezakupów, wyrywa widzów z utartych przyzwyczajeń. Jeszcze kilku takich twórców w naszym kinie i zacznie się szukanie etykietek, nazywanie polskiej Nowej Fali XXI wieku. Czekaj, Smoczyńska, Adrian Panek, który kilka lat po „Daas” wejdzie niedługo na plan drugiego filmu, może jeszcze kilka innych nazwisk. Zasługują na peany krytyków i uwielbienie widzów nie tylko festiwalowych. Trzeba do tego, oprócz wsparcia na etapie produkcji, dojrzalszej, nie nastawionej jedynie na krótkofalowy zysk, dystrybucji.

„Baby Bump” nadaje się na prztyczka w nos niewierzącym w sukces polskich artystów kina. Ma energię, z którą kiedyś młodzi polscy muzycy napełniali butelki benzyną i ładowali kamienie. Ale o wiele lepsze wykonanie. Jeśli potrzeba etykiet, to z Czekaja można zrobić polskiego Harmony Korine’a. Tyle że polski odpowiednik może w przyszłości zaskoczyć jeszcze bardziej niż wyszukany dla niego amerykański oryginał. Prześcignąć w zmienianiu stylistyk, szukaniu oryginalnej formy i docieraniu do widza z bezpośrednim, intymnym przekazem. Już w „Baby Bump” się udało. Pośród balonowej gumy, szyderczego rapu, okrutnych rówieśników i pogubionych dorosłych, pomiędzy zgiełkiem, zgrzytem i hałasem, zostajemy sam na sam z własnym doświadczeniem. Już nie niewinnym, ale wciąż bezradnym. Z drobnostkami przesłaniającymi świat. Czekaj daje wołom szansę: przypomnieć sobie o cielęcości.

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama