KAMPER **** (RECENZJA)

Jan Pelczar | Utworzono: 2016-07-11 11:01
A|A|A

Najpopularniejsze polskie filmy wciąż kultywują mit gatunku, który w ostatnich latach przeżywa światowy kryzys. Komedie romantyczne robione są w Polsce z coraz większym rozmachem, ale wciąż w pewnym oderwaniu od rzeczywistości. Bardziej ambitne i problemowe kino niezależne nie musi się już wstydzić poziomu realizacji, stojąc przy tym bardziej przy ziemi. „Kamper” jest na to jednym z najlepszych przykładów.

Na Sundance czy Nowych Horyzontach debiut Łukasza Grzegorzka nie ustępowałby w towarzystwie słynniejszych tytułów. Scenariusz nie jest może szczególnie oryginalny: opowiada o parze trzydziestolatków, którzy zaczynają się dusić w związku i wynajdują sobie romansowe odskocznie na kursach gotowania, czy hiszpańskiego. Jest za to osobisty i autorski.
Marta Nieradkiewicz („Płynące wieżowce”) i Piotr Żurawski („Kebab i horoskop”) pasują do siebie jako para, która musi się zdecydować, czy ich wzajemne życie im wystarczy, czy potrzebują szukać szczęścia gdzie indziej. Żurawski gra wiecznego chłopca, który zawodowo testuje gry komputerowe, lubi żartować, nie ciągnie go do zobowiązań. Bohaterka Nieradkiewicz ma większe ambicje i zaczyna się zastanawiać, czy ma u boku właściwego mężczyznę. Szczególnie, gdy on tak łatwo znajduje sobie różne fascynacje. Gorzej z doklejonymi kochankami: papierowo nakreślonymi, postawionymi w wypreparowanych sytuacjach. Śmieszy karykaturalny szef kuchni Jacka Braciaka, ale występ Sheily Jimenez, meksykańskiej didżejki, w roli nauczycielki hiszpańskiego, jest zbyt grubo, zbyt schematycznie naszkicowany. Naturalniej, w takim pretekstowym pojawianiu się na ekranie, wypadają nieodłączne w tym gatunku postaci przyjaciół głównego bohatera. Widz może obdarzyć sympatią szczególnie postać Justyny Suwały („Body/Ciało”).

Autorka zdjęć, wrocławianka Weronika Bilska, sprawiła, że jesteśmy zawsze blisko głównych bohaterów. Spokojnie obserwujemy też ich otoczenie, naturalne środowisko, które zbudowali sobie w mieszkaniu i koloryt odwiedzanych przez nich miejsc. Grzegorzek zbudował sobie klimat muzyką Czarnego Hi Fi i atrakcyjnym czerpaniem z dźwięków popkultury. Nie tylko polskiej. U mnie największy uśmiech wywołały pierwsze takty „Opowiadaj” Zbigniewa Wodeckiego, wybrzmiewające w „Kamperze” w oryginalnej wersji z 1978 roku, a nie w przebojowym nagraniu z udziałem Mitch&Mitch. Jeden z publicystów atakował ten fenomen po tegorocznym Openerze. Wytknął melodiom Wodeckiego status ścieżki dźwiękowej do ery gierkowskiego dobrobytu. Twierdził, że sukces wznowienia udowadnia, że w epoce współczesnego kryzysu szeroka publiczność też łatwo daje się zamknąć w bąbelku zadowolenia. Zapomniał, że czasem sami możemy nadać nowe znaczenia najprostszym nawet melodiom. „Kamper” również o tym opowiada.

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama