Fuocoammare ***** (RECENZJA)

Jan Pelczar | Utworzono: 2016-09-02 08:15 | Zmodyfikowano: 2016-09-02 08:15
A|A|A

Jaki jest jej przedmiot? Najkrócej powiedzieć: humanizm. Gianfranco Rossi, reżyser m.in „Rzymskiej aureoli” opowiada o mieszkańcach Lampedusy, wyspy na Morzu Śródziemnym, do której dociera największa liczba uchodźców, w trakcie kryzysu trwającego nie od miesięcy, czy lat, a właściwie od dekad. To u wybrzeży Lampedusy doszło do największych w ostatnich czasach tragedii w Europie – tam z morza wyławiano setki imigrantów, którzy utonęli podczas desperackiej próby dotarcia do ziemi obiecanej.

Rossi, podobnie jak Jarosław Mikołajewski w reportażu poetyckim „Wielki przypływ” chciał opowiedzieć o tym dramacie, zwracając uwagę na codzienność Lampedusy i jej zwykłych mieszkańców. „Fuocoammare” i „Wielki przypływ” dzielą się nie tylko plenerami, czy obserwacjami, także bohaterami – z doktorem Bartolo na czele, lekarzem, który osobiście zbadał każdego przybysza: nieważne żywego, czy martwego.

Doświadczenie lampedusańczyków i ich świadectwo jest głęboko chrześcijańskie i humanistyczne, na co zwraca uwagę Mikołajewski, jest w nim zawarte pozornie proste, ale tak naprawdę głęboko niebanalne dobro, na co kieruje nasze baczenie swoim filmem Rossi. Postawa mieszkańców Lampedusy, ta ludzka, chrześcijańska i dobra, jest – co trzeba zaznaczyć – skrajnie odmienna od postawy większości Europejczyków, mimo tych samych wyznań i deklarowanych w innych miejscach kontynentu podobnych wartości. Ta rozbieżność mogłaby stanowić fascynujący temat lekcji po seansie „Fuocoammare”. By nie przepadły bez echa słowa Meryl Streep, przewodniczącej jury tegorocznego Berlinale, która, uzasadniając przyznanie Złotego Niedźwiedzia włoskiemu filmowi, powiedziała: „to film niezbędny i ważny, pokazujący, jak wielką rolę może odegrać dziś dokument”.

Według Rossiego Lampedusa miała przez lata złą prasę w światowych mediach. W ciągu kilkunastu ostatnich miesięcy miała szczęście do dwóch wrażliwych obserwatorów: to, że „Fuocoammare” wygrało Berlinale nie dziwi, dziwniejsze, że „Wielki przypływ” nie zbiera literackich nagród. Nawet w Polsce, kraju tak mało wrażliwym na kryzys migracyjny.

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama