"Wciąż mam głód sukcesu". Maja Włoszczowska gościem Rozmowy Dnia

Przemek Gałecki | Utworzono: 2017-01-31 08:00 | Zmodyfikowano: 2017-01-31 09:42
A|A|A

fot. Andrzej Owczarek

Znamy rozstrzygnięcia plebiscytu Radia Wrocław i Gazety Wrocławskiej na najlepszego sportowca i trenera 2016 roku na Dolny Śląsku. Najlepszym zawodnikiem została Maja Włoszczowska. Jeleniogórzanka, która zdobyła w minionym roku srebrny medal Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro, była dziś gościem Rozmowy Dnia Radia Wrocław.

Jest Pani zaskoczona rozstrzygnięciem plebiscytu?
Było duże napięcie, bo w tym roku wiadomo było, że będzie silna rywalizacja między mną, a Piotrem Małachowskim, poza tym gale potrafią przynieść wiele losowych rozstrzygnięć. Nagroda jest dla mnie olbrzymim wyróżnieniem - to był rok olimpijski, rok mojego powrotu na olimpijskie podium, ale i Piotrek miał wspaniałe osiągnięcia. Najlepiej by było, gdyby były dwie kryształowe kule.

Odbierając nagrodę podkreślałaś, że już od 20 lat uprawiasz sport. Dziękowałaś ze sceny mamie. 
Cała moja rodzina jest aktywna, mamy to we krwi, każdą wolną chwilę spędzaliśmy na sportowo. O ile czasami traktowałam to jako obowiązek, tak z czasem to ja zaczęłam wyciągać mamę na rower. Do dziś razem uprawiamy sport - na przykład jeździmy razem do Jakuszyc, by pobiegać na nartach.

Wiem, że sportowcy nie lubią porównań, ale zaryzykuję. Te dwa srebrne medale - jeden z Pekinu, drugi z Rio, są dla Ciebie równie ważne?
Rzeczywiście, nie lubię porównywać, ale jeśli miałabym nóż na gardle, wskazały bym Rio. Dużo łatwiej zdobywa się coś po raz pierwszy, ciężej jest sukces powtórzyć. Droga do drugiego medalu była dużo bardziej wyboista - przytrafił się wypadek i kontuzja, nieszczęśliwa śmierć trenera Marka Galińskiego - to wszystko sprawiło, że droga do medalu była wyjątkowa trudna.

Na igrzyskach w Rio wszystko zrobione był na sto procent?
Jestem wielką szczęściarą, bo nie mam sobie nic do zarzucenia. Musiałam uznać wyższość Szwedki, która była tego dnia silniejsza ode mnie, ale nasz wyścig był perfekcyjny pod każdym względem - świetnie trafiłam z formą, byliśmy przygotowani absolutnie do wszystkiego.

Napisałaś autobiografię "Szkoła życia". Co było dla Ciebie najważniejszą szkołą życia?
Książkę napisałam, gdy udało mi się wrócić do zawodowego sportu po kontuzji. Uznałam - ok, to jest historia, którą warto spisać, być może kogoś zmotywuje i zainspiruje. Najtrudniejszy moment? Gdy po wypadku na igrzyskach w Londynie do szpitala przyjechał do mnie trener i uświadomiłam sobie, że nie straciłam olimpiady tylko dla siebie, ale też dla całej ekipy, która równie ciężko się do niej przygotowywała.

Zawodowy sport to codzienne, nużące treningi. Miałaś momenty, że chciałaś to rzucić?
W mojej karierze takich kryzysów nie miałam, zawsze coś mi dawało motywację. Lubię jeździć na rowerze - nie zamieniłabym tego na żadną inną pracę.

Powiedziałaś, że nie wiadomo, czy dojedziesz do Tokyo?
W tej chwili skupiam się na przygotowaniach do obecnego sezonu, nie chcę dźwigać presji czteroletniego przygotowania do igrzysk. Nie wykluczone, że to Tokyo dojadę - im jestem starsza, tym czas leci szybciej. Może zanim się obejrzę, nastanie czas igrzysk.

Czujesz się spełnionym sportowcem?
Tak. Cały czas uwielbiam rywalizację, mam głód sukcesu. Zdobyłam dwa srebrne medale, nie mam złota - ale do szczęścia go nie potrzebuję. Bardziej potrzebuję pasji - a ta ciągle jest.

POSŁUCHAJCIE:

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama