Butterfly Kisses **** [RECENZJA]

Jan Pelczar, GN | Utworzono: 2017-05-22 12:11 | Zmodyfikowano: 2017-05-22 12:11
A|A|A

Czekaliśmy niemal dekadę od krótkometrażowego „Emilka płacze”, ale opłacało się. Rafael Kapeliński znów ma nam do opowiedzenia mądrą historię o pewnym aspekcie dojrzewania. Udajemy, że takiego nie ma, ale on siedzi gdzieś w kącie i żeruje na frustracjach, lękach, nieprzystosowaniu. Jest reakcją na upokorzenie. Polski reżyser, od lat mieszkający w Londynie, znów filmuje w czerni i bieli, ale nie w dokumentalnym stylu. Miejsce akcji to już nie Górny Śląsk, a angielskie miasto. W centrum pozostaje historia uniwersalna. „Butterfly Kisses” miesza kino społeczne z elementami thrillera i historii dojrzewania. Sceny świntuszenia przy trzepaku, którym w tym wypadku jest worek treningowy, mieszają się z wizjami samotnych wieczorów na blokowisku, a sensacyjny finał rozgrywa się równocześnie z balem maskowym. Pierwszy element zakończenia nakręcono jak u Solondza, drugi jak u Dolana, czy Polańskiego. Kapeliński może być dumny ze swojej ekipy. Eleganckie zdjęcia Nicka Cooke’a i organowa muzyka Nathana W. Kleina pozwalają zespolić ze sobą różne elementy i przekonać widza do przedstawionej na ekranie genezy przemocy.

Kapeliński ma niezwykle czuły słuch dla młodzieży, fenomenalnie prowadzi aktorów, czułem się jak widz dokumentu o prawdziwej trójce przyjaciół, która regularnie wpada na bilard do knajpki prowadzonej przez miejscowego Shreka. Jeśli pojawia się fałsz, to w obrazie dorosłych, po stronie rodziców. Już lepiej by było dla filmu, żeby pozostali nieobecni. Sceny z nimi są albo sztuczne i niedopasowane (matka Jake’a i jej pretensje) albo banalne (ojciec Kyle’a, który popija piwo z kolegami) i wpisujące do scenariusza klisze (rozmowa z ojcem-wojskowym). To, co nieoczywiste, ciekawe, a przede wszystkim naturalnie zagrane, rozgrywa się między młodymi. Theo Stevenson unosi rolę Jake’a, najtrudniejszą w całym filmie i pozwala widzowi na znalezienie w niej niedopowiedzeń, szarości. Byron Lyons jako Jarred i Liam Whiting w roli Kyle’a mogą sobie pozwolić na bardziej czarno-białą prezentację swoich postaci, ale i oni znajdują miejsce na subtelność w budowaniu ról. Podobnie jak Rosie Day w rolI Zary – nieoczywistej femme fatale z lokalnego podwórka i Thomas Turgoose w roli poczciwego właściciela knajpy.

Tytułowe pocałunki motyla, wzięte z nicka jednego z internetowych rozmówców reżysera z fazy dokumentacji, to trzepotanie rzęs na skórze. Niewinny tytuł filmu o pedofilii, jednego z najcięższych tematów, jakie można sobie wyobrazić. Na ekranie też brakuje mocnego uderzenia, ale Kapeliński nie chciał stosować strategii twórców „Placu zabaw” i prowokować widzów do ostrych reakcji, wystawiać ich na próbę. Opowiedział mimochodem o tym, co z reguły też dzieje się gdzieś obok. I liczy na otwartą rozmowę po seansie: nie tylko o skutkach, ale i o przyczynach. Nie ma tu tez, ani odkryć. Są pytania: niepokojące, ale stawiane z czułością i zrozumieniem dla każdego bohatera. To w końcu symfonia o mrokach dojrzewania, które przeszedł każdy. Nawet, jeśli zapomniał.

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama