Colours of Ostrava – III dzień za nami

Michał Kwiatkowski | Utworzono: 2017-07-22 14:20 | Zmodyfikowano: 2017-07-22 14:20
A|A|A

Fot. Colours of Ostrava

W tradycji chrześcijańskiej liczba 7 oznacza między innymi pełnię i doskonałość. Być może z tego właśnie założenia wyszedł Paul Janeway, niedoszły pastor, dziś ambasador brzmienia i kultury Alabamy. 7 muzyków liczy zespół Broken Bones, który chwilę przed 18.00 kilkoma gospelowymi figurami wywołał swego lidera. St Paul, choć nie naucza testamentowych prawideł, na scenie pojawił się w odświętnej szacie, przywodzącej na myśl polany brokatem ornat. Jednym ruchem zrzucił go i rozpoczął inny rodzaj modlitwy.

Zakropiony soulem elektryczny blues w wykonaniu St Paul & The Broken Bones przyniósł porywające do tańca partie sekcji dętej (trąbka, puzon, saksofon) w „Call Me” i soulową spowiedź lidera Broken Bones, który tarzał i rzucał się na scenie. Żarliwy, wysoko ustawiony głos Świętego, sceniczna ekspresja godna Jamesa Browna – już po 20 minutach publiczność zgotowała pierwszą z wielu długich owacji. Wokalista ubrany w wymyślny czerwony garnitur z biało-czarnymi lampasami, złote buty, władczo trzymający złoty mikrofon, swoimi kolejnymi solowymi kazaniami przyciągał tłumy przed Arcelor Mittal Stage

Zresztą kiedy zapytałem Janewaya przed występem, co tak naprawdę chce osiągnąć swoją muzyką, odpowiedział tak:

Chcemy aby podczas naszych koncertów ludzie wpadli w trans. Aby nimi zawładnął i przesiąknął do szpiku kości. Ludzie mają płakać, mają się śmiać, mają tańczyć. To ma być doświadczenie wyzwalające emocje, o które przecież coraz trudniej. Emocje – to cel naszych koncertów i naszej muzyki.

Zagrany w finale tego godzinnego występu „Burning Rome”, podczas którego statyw, mikrofon i buty wokalisty wylądowały na scenie, a on sam niemiłosiernie spocony, z zaparowanymi okularami schodził z niej ze słusznym przekonaniem dobrze spełnionego obowiązku, wczorajszego popołudnia z pewnością nawrócił nie jedną duszę na dobrą muzykę, wywołując przy tym masę pozytywnych emocji.
Czy to był najlepszy koncert tegorocznego festiwalu? Dla mnie jak na razie tak.

Zmaganie na tej scenie zamykał wieczorny show Benjamina Clementine'a. Występ Anglika mocno różnił się od zeszłorocznego wrocławskiego koncertu artysty. 5-osobowy skład chórzystek, bas, klawesyn i znany z Wrocławia perkusista Alexis Bossard, tworzyli tło dla wokalnych popisów gwiazdy.

A Clementine? W świetnym humorze, przekomarzający się z publiczności, dyrygujący wielotysięcznym chórem, który z wdziękiem i praktycznym wykonaniem wiadomego tylko sobie układu choreograficznego, odśpiewał „I'm sending my condolence to fear” („Condolence”).


Piękny głos Clementine'a jak ulał pasował do rozstanie się z Ostrawą pod osłoną nocy. Bisował więc sam, i tak jak podczas całego występu, wtedy też boso. Brawurowo zagrany na fortepianie (a gra rewelacyjnie!) i z ogromną charyzmą zaśpiewany „Adios” był najlepszym z możliwych podsumowań 3 dnia tegorocznego, bardzo udanego Colours Of Ostrava.

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama