Gra o wszystko *****

Ian Pelczar | Utworzono: 2018-01-07 09:00 | Zmodyfikowano: 2018-01-05 21:20
A|A|A

W oryginale to „Molly’s Game” – gra Molly, głównej bohaterki, Molly Bloom. Kontuzja zatrzymała jej sportową karierę tuż przed olimpijskim szczeblem. W narciarstwie dowolnym, w jeździe na muldach, mogła sięgnąć medalowych miejsc. Skończyła z metalowymi śrubami w kręgosłupie.  Na pierwsze strony gazet i czołówki serwisów informacyjnych trafiła za sprawą gry, której reguły poznawała w trakcie obserwowanych rozgrywek. Molly organizowała pokerowe wieczory dla sław i biznesmenów. Naganne moralnie, ale legalne. Przynajmniej do pewnego momentu. Po tym, jak zamieniła trasy narciarskie Kolorado na kluby Kalifornii, doszła do perfekcji w zapewnianiu milionerom dyskretnych warunków do hazardu. W nowej pracy  poznała Leonardo Di Caprio, do dziś mnoży komplementy dla Bena Afflecka. Podpadł jej za to Tobey Maguire. W „Grze o wszystko” możemy się tylko domyślać, że to właśnie dawnego Spider-Mana ukryto pod pseudonimem „Gracz X” i że to jego gra Michael Cera. 

 

Sorkin, geniusz stojący za sukcesem „The Social Network”, „Moneyball”, czy serialowych hitów w rodzaju „Prezydenckiego pokera”, potrafi tak opowiedzieć o najciekawszych wydarzeniach z życia Molly, że nie mamy wrażenia ciągłego skakania po datach. Moment wybrany przez autora „Gry o wszystko” dla ekranowego czasu teraźniejszego ma sprawiać wrażenie najistotniejszego w życiu postaci. Widzowie mają poczuć się jak świadkowie najważniejszej rozgrywki. To się Sorkinowi udaje idealnie. Zaczynamy na stoku, obserwując nastoletnią Bloom podczas jednego z ostatnich przejazdów, ale narratorką jest już Molly z przedednia procesu sądowego. W międzyczasie będziemy płynnie wracać do kilku innych przełomowych momentów, pamiętnych treningów. Z każdą retrospektywą lepiej poznamy rodzinę niedoszłej mistrzyni i słynnej organizatorki pokerowych rozgrywek. 

Po tym, jak biznes storpedowało FBI, Bloom postanowiła napisać autobiografię, by spłacić część długów. Ale, jak podkreśla w kilku dialogach z „Gry o wszystko”, wielokrotnie odmawiała sprzedania praw do ekranizacji. Nawet, gdy był to jedyny sposób, by zapłacić za prawnika, który mógł ją ocalić przed wyrokiem skazującym na wieloletnie więzienie. Odrzucała milionowe oferty, bo nie chciała, by film stał się, jak wiele tabloidowych tekstów o niej, sensacyjnym polowaniem na życie prywatne gwiazd, które tworzyły jej nieformalny pokerowy klub. Trudno się jednocześnie dziwić, że słyszymy te zastrzeżenia w filmie. Sorkina nie interesują pikantne szczegóły i plotki, dramaturgię buduje zupełnie inaczej. Nie musi też naśladować podobnego w pewnym duchu „Wilka z Wall Street”, czy operującego zbliżonymi mechanizmami„The Big Short”. Biografię, która pozostawia widzom odpowiedzi na stawiane pytania o motywacje bohatera, łączy umiejętnie z dramatem sądowym i dynamiczną opowieścią o fundamentach współczesnych fortun i legend. Z tego wyłania się zaś najbardziej uniwersalna i aktualna sprawa: symboliczny obraz patriarchalnego świata. 


Płomienną mowę w obronie Molly wygłosi prawnik, który początkowo będzie pełen rezerwy. Charyzmy Idrisa Elby starczy, by przekonać ławę przysięgłych złożoną z najbardziej wybrednych kinomanów. Ekspresową psychoterapię urządza głównej bohaterce jej ojciec, grany w znaczącym epizodzie przez Kevina Costnera. Wraca aura opiekuńczego profesjonalisty z „Bodyguarda”, co wyraźnie ociepla wizerunek pana Blooma, którego można byłoby sportretować jako kolejnego wymagającego ojca-kata, wychowującego profesjonalnych sportowców i ludzi sukcesu. Być może dopiero teraz Molly wychodzi z cienia utytułowanego rodzeństwa, za sprawą kreacji, jaką stworzyła Jessica Chastain. Jest efektowna jak kiedyś Julia Roberts w „Pretty Woman”, daje do myślenia jak Demi Moore w „Niemoralnej propozycji”. Nie ma już dziś miejsca dla takiego sposobu patrzenia, ile razy możemy tracić złudzenia. Jeśli w „Grze o wszystko” pada sformułowanie „pokerowa księżniczka”, to jako marketingowy chwyt, pseudonim z brukowców, skrót myślowy show-biznesu. Chastain idealnie odnajduje się też w aurze Molly Bloom – niezwykle utalentowanej kobiety, spalającej się w świecie, w którym karty rozdają wyłącznie mężczyźni. 

 


Pokerowe wieczory z gwiazdami rocka, słynnymi raperami, ikonami ekranu i ekscentrycznymi milionerami charakteryzuje jedno: przy stole siadają sami faceci. Ubierają się i zachowują, jak chcą. Kobiety mogą wejść, by usługiwać. Rozdawać karty, nalewać drinki, podawać do stołu. Muszą być ubrane jak na bal lub do nocnego klubu. Pełny makijaż, suknie z cekinami, dekolty, push-upy. Gdyby jutro zapukał do was ufoludek i zapytał o obrazową definicję patriarchatu, możecie w odpowiedzi zabrać go do kina na „Grę o wszystko”, a właściwie „Molly’s Game”. Swoją drogą ciekawe: kto, u dystrybutora, wyrzucił bohaterkę z tytułu?

 

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama