Gotowi na wszystko. Exterminator ***

Jan Pelczar | Utworzono: 2018-01-05 17:20 | Zmodyfikowano: 2018-01-05 17:20
A|A|A

Z pierwszą polską kinową premierą 2018 roku jest trochę jak z „Saturday Night Live Polska”. Siadasz przed ekranem, trzymasz kciuki za twórców, ale z każdym kolejnym żartem, który próbuje poszerzyć grupę docelową o fanów nocy kabaretowych, twój entuzjazm gaśnie. W moim przypadku jest jeszcze inaczej. Bo to, co w SNL Polska się udało, przysłoniło mi w ocenie żarty paździerzowe lub wbijane młotkiem do głowy po kilka razy. Pamiętam więc, że był świetny Gierszał, przezabawny Petruś Pan i zawsze udany „Weekend Update”. Kilka dni po seansie „Exterminatora” nie umiem zaś sobie przypomnieć tych momentów, które mnie rozbawiły. Wspominam za to aurę męczarni, związaną z rozłażeniem się filmu Michała Rogalskiego („Letnie przesilenie”) pomiędzy komedią muzyczną, a romantyczną.

Główny bohater jest po trzydziestce i doprowadza narzeczoną do szału wydawaniem pieniędzy na retro-gadżety: od winyli po Amigę. Paweł Domagała powtarza w kinie rolę z Teatru Dramatycznego (Scena Na Woli) w Warszawie. Tam i na kilku innych scenach w Polsce grano sztukę na podstawie powieści „Kochanowo i okolice”, której film jest ekranizacją. Być może Domagała faktycznie pasuje do swojej postaci, ale już jego ekranowa partnerka Agnieszka Więdłocha identycznie okazuje bezgraniczną miłość i totalne rozczarowanie. Miłosna intryga była mi zatem obojętna. Została komedia muzyczna. Po otwierającej seans sekwencji stypy, główny bohater będzie reaktywował metalową kapelę z lat szkolnych. Przez kilka minut jest zabawnie, później pomysł zaczyna się sypać. Na każdym poziomie.

Na jednym z nich chodziło o to, żeby trafić w nostalgię trzydziestolatków, pośmiać się z małomiasteczkowych niepokornych z dawnych lat, dziś spętanych kredytami. Chętnie by jeszcze poszaleli, ale żony, dzieci i hipoteki nie pozwalają. Można z tego udanie zażartować: miną i dialogiem, ubiorem i charakteryzacją. Bohater Krzysztofa Czeczota ma długie włosy, Piotra Żurawskiego wąsa i przepoconą koszulę. Podobne heheszki będą powracać, niczym refren. Ciągle te same pauzy, kontrasty i pomysły. Suchary podlewa się wódką albo montażem atrakcji. To wychodzi najzabawniej i maskuje kameralność wielu scen zbiorowych.

Na innym poziomie „Exterminator” miał być komedią muzyczną o prowincji. Tym razem nie jest to „Disco Polo”. Oba filmy łączy jedynie drugoplanowa rola Aleksandry Hamkało. Wrocławskiej aktorce wychodzi na zdrowie, bo jej rola u Rogalskiego jest lepsza niż w filmie Macieja Bochniaka. I to jej zasługa, bo zadanie w nowej komedii miała w każdej scenie podobne: rozkręcić maksymalnie komiczną skalę swojej postaci – groupie z problemami psychicznymi. Muzycznie też dostajemy ciągle to samo. Reaktywowany zespół otrzymuje dofinansowanie z gminy, która chce Kochanowo wypromować nieco inaczej. Do tej pory wizytówką był ziemniak, a muzycznie ludowy zespół „Wisienki”. Dwie postaci prosto z teatralnej farsy o urzędnikach, urzędach i małych miasteczkach – pani burmistrz (powściągliwa do pewnego momentu Dominika Kluźniak) i jej zastępca (szarżujący od początku Eryk Lubos) – będą metodami dobrego i złego policjanta ingerować w repertuar dawnych metalowców. Zamiast autorskich ryków, dostaniemy przebojowe plumkanie. I tu wieje z ekranu największym fałszem: zapraszacie widza na komedię o metalowcach, a słuchać każecie Kombi. Jest w tym tyle bezkompromisowości, co w dopisaniu bezsensownej pierwszej części do tytułu (jeśli to miała być gra z polskim tytułem serialu sprzed kilku lat o bogatych gospodyniach domowych, to dystrybutorzy musieli być naprawdę zdesperowani) albo promowaniu premiery teledyskiem Feela.

Kuriozalnie wypada też retrospektywa z undergroundowego klubu Diabolique. Twórcy wpadli na pomysł, że wodzirejem z piekła rodem będzie Janusz Chabior, ale zapomnieli go dopracować. Nawet pomysłu zabrakło na niebanalne aranżacje wykorzystanych w fabule festynowych przebojów. Na tym można byłoby zbudować sukces i filmu i jego ścieżki dźwiękowej. Warto przy tym zaznaczyć, że muzyczny świat i tak daje nowej polskiej komedii to, co w niej najlepsze – Piotra Roguckiego. Gdyby każda postać była tu zbudowana równie ciekawie i niejednoznacznie, więcej byłbym w stanie wybaczyć.

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama