Książę i dybuk *****

Jan Pelczar | Utworzono: 2018-05-11 17:20 | Zmodyfikowano: 2018-05-11 17:20
A|A|A

Michał Waszyński był królem przedwojennego kina w Polsce i księciem złotej epoki Hollywood we Włoszech. Pod jego reżyserskim okiem kwitł Adolf Dymsza, pod producenckim wyrosły jedne z najbardziej monumentalnych dekoracji w dziejach. Bawił z Sophią Loren, Giną Lolobrigidą, Avą Gardner i Audrey Hepburn. Mienił się odkrywcą wielu z tych sław – Dymszy, Loren i Hepburn. Bywalcy uznawali go za jednego z najbardziej eleganckich i dystyngowanych dżentelmenów. Tytułował się księciem, niewiele wspominał o przeszłości. Po wojnie domyślano się, że z Polski nie wydostał się bez traumy. Ale uciekał już wcześniej – do Warszawy z rodzinnego Kowla na dzisiejszej Ukrainie. Od żydowskiego pochodzenia do katolicyzmu. Ze świata miłosnych komedyjek do realizacji przejmującego „Dybuka”. Film według dramatu Szymona Anskiego, pierwszy polski metraż w języku jidysz, staje się dla Elwiry Niewiery i Piotra Rosołowskiego kluczem do tajemnic bohatera. Z pomocą powracających fragmentów „Dybuka” zarzucają na widza wspomnianą sieć. Jednocześnie prowadzą widzów w poszukiwaniu odpowiedzi na kolejne pytania. Kim był człowiek, którego życie, jak mówił podtytuł jego książkowej biografii, było barwniejsze niż film. Dlaczego zmarły w Madrycie Polak został pochowany w grobowcu jednej z rzymskich rodzin? Jak wspominają go jego bliscy z tamtych lat? Na ile byli mu bliscy? Co wiedzieli o jego przeszłości? I co możemy powiedzieć o niej dzisiaj?

Mistrzowski montaż, praca z muzyką i dźwiękiem nadają filmowi Niewiery i Rosołowskiego fantastyczny rytm. Nie sposób wysiąść z wehikułu, który zabiera nas najpierw do świata dawnej socjety, magii kina z minionej epoki, a potem do kraju dzieciństwa Waszyńskiego. A właściwie Mosze Waksa, jak dowiadujemy się w Kowlu. Godne rzekomego zamiłowania bohatera filmu do gry w karty jest to, jak twórcy rozgrywają odkrycia rodzinnych zdjęć Waksa. Wydaje się, że z reakcji i dyskusji krewnych z Tel Awiwu i ocalałych mieszkańców Kowla wyciągnięto esencję. Efekt bywa wstrząsający i pogodny jednocześnie – tak, jak gdy wspomnieniami o Waszyńskim dzielą się żołnierze z Armii Andersa, czy żona i córka Josepha L. Mankiewicza.



Kiedy w losach bohatera „Księcia i dybuka” odbijają się dzieje Europy Środkowej i Wschodniej nie czuję zaskoczenia, ale przed finałem jest jeszcze jedna tajemnica – mam pewne wątpliwości, czy twórcy „Księcia i Dybuka” nie chcą jej wyjaśnić zbyt dosłownie, czy nie zrozumielibyśmy jej bez jednego, czy dwóch dopowiedzeń. Najważniejsze, że ich film nie ma tezy, że skrywa kolejne warstwy, które odkrywamy do końca, a nawet po seansie. Zadziwiła mnie ostatnio główna bohaterka serialu „Dear White People” – błyskotliwa, inteligentna, wygadana studentka na początku drugiego sezonu popadła w stupor i nie potrafiła na zajęciach wymienić żadnego tytułu filmu dokumentalnego, którego nie można uznać za propagandowy. Być może w Stanach nie ogląda się takich dokumentów, jak „Książę i dybuk”.

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama