Beirut, "The Flying Club Cup"

Jerzy Węgrzyn | Utworzono: 2007-11-07 09:06 | Zmodyfikowano: 2014-05-01 00:12
A|A|A

4AD to wytwórnia, która w swoim czasie otoczona była w naszym kraju nabożną wręcz czcią, pewnie nawet większą niż gdziekolwiek indziej. I choć z dzisiejszej perspektywy widać, że niektórzy artyści nie byli wcale tak fantastyczni jak się kiedyś wydawało, to jednak nie sposób odmówić 4AD zasług. Wystarczy, że mieli w swojej stajni Pixies, a więc grupę, która wywarła autentyczny wpływ na rozwój muzyki rockowej. Ostatnio wokół 4AD zrobiło się dużo spokojniej, ale warto spoglądać w tamtą stronę, bo okazuje się, że wciąż mają w swoim katalogu naprawdę intrygujących artystów. I ciekawe, że podobnie jak Pixies, ci najbardziej interesujący również są Amerykanami. 4AD wydają więc płyty najnowszych ulubieńców Davida Bowiego i naszej Katarzyny Nosowskiej - a więc grupy TV On The Radio. Mają niesamowitego Scotta Walkera. No i jest też w ich katalogu od niedawna grupa Beirut.

Posłuchaj audycji Polskiego Radia Wrocław o tym zespole:

W momencie wydania swojej debiutanckiej płyty Beirut na dobrą sprawę nie był jeszcze zespołem, bo autorem materiału – praktycznie w pojedynkę – był pewien niezwykle uzdolniony 19-latek, Zach Condon. Grupa powstawała stopniowo. Najpierw więc Zach nagrał całą muzykę samodzielnie w domu swoich rodziców, a potem przypadkowo poznał kilku podobnie myślących muzyków i ci dograli jeszcze swoje partie. Później skład rozszerzył się jeszcze bardziej, bo gdy album odniósł sukces, trzeba było ruszyć w trasę koncertową, a jak mówi lider – „nie jestem ośmiornicą i nie obsłużę wszystkich instrumentów na scenie”. Dokoptowywał więc kolejnych muzyków. I drugą płytę nagrywał już większy skład.

Recenzenci próbują jakoś opisać twórczość grupy Beirut, ale proste to zdecydowanie nie jest, bo to muzyka, która wymyka się łatwym klasyfikacjom. Pojawiają się więc określenia typu - na przykład - „niezależny symfoniczny etno-folk”. Mnie osobiście spodobało mi się to, co napisała jedna z brytyjskich gazet: że Beirut to jakby Matt Bellamy (a więc wokalista z Muse) pojawiający się nagle na soundtracku jakiegoś filmu Emira Kusturicy. Wokal Zacha Condona jest mocno emocjonalny, czy – jak twierdzą niektórzy – wręcz nademocjanalny, stąd porównania również do Thoma Yorka z Radiohead, czy Antony’ego. Sam lider grupy Beirut mówi, że nie widzi nic złego w porównaniach, o ile oczywiście nie odnoszą się do artystów, których nie cierpi, więc pewnie nie obraziłby się również, gdybyśmy wskazali na pokrewieństwo jego myślenia z Kanadyjczykami z Arcade Fire.

Zach Condon stał się z dnia na dzień postacią popularną, gazety zaczęły więc sięgać do jego życiorysu i opisywały romantyczną historię amerykańskiego nastolatka, który pewnego dnia rzuca szkołę i jedzie do Europy, by odnaleźć sens życia i poznać tutejszą muzykę. W rzeczywistości aż tak romantycznie ponoć nie było. Bo Zach – owszem - przyjechał do Europy, tyle, że jego prawdziwe motywy były bardziej przyziemne. Przyjechał po prostu po to, żeby się zabawić. A że przy okazji poznał trochę muzyki i się nią mocno zainspirował, to już zupełnie inna sprawa.

Początkowo nowa płyta miała być w całości inspirowana kulturą francuską, poszczególne piosenki miały nawet nosić tytuły pożyczone od nazw francuskich miast. Zach mówi na przykład, że Paryż to jest jego dom z dala od domu (home away from home). Z czasem jednak koncepcja ewoluowała i z pierwotnego zamysłu pozostało raptem parę tytułów piosenek, takich jak „Nantes”, czy „Cherbourg”. Któregoś dnia Zach zobaczył w Paryżu grupę dzieciaków z tanimi, rozstrojonymi instrumentami w rękach, zakupionymi gdzieś w lombardzie. Młodzi muzykanci szli sobie po paryskich ulicach. I choć nie byli zbyt dobrzy technicznie, było tam dużo radości grania, no i było to bardzo inspirujące. Dzieci pewnie nie wiedzą, że wywarły realny wpływ na muzykę z nowej płyty grupy Beirut, bo jej lider zapragnął uzyskać na nowej płycie właśnie coś na kształt takiej - jak to nazwał - rozklekotanej orkiestry...

W ogóle Zach ma różne ekscentryczne pomysły. Wystarczy spojrzeć na podziękowania, jakie zamieścił na okładce swego albumu. No więc dziękuje tam – cytuję: „grypie żołądkowej, kolizjom samochodowym, opóźnieniom lotniczym, awariom komputerowym i wszystkim, którzy zagrali choćby nutę na tej płycie”.

Nie wiadomo w jakim kierunku w przyszłości pójdzie muzyka grupy Beirut. Jedno jest pewne – jej lider nie ma najmniejszego zamiaru wracać do instrumentarium typu gitara-bas-bębny. Twierdzi, że nawet nie umiałby pisać na taki tradycyjny skład. Będą to z pewnością jakieś dziwne, ekscentryczne wycieczki w przeróżne mało uczęszczane muzyczne zakamarki. A jako że Zach to ewidentnie bardzo zdolny młody człowiek, warto mu w tych wyprawach towarzyszyć.

REKLAMA
Dźwięki
Jerzy Węgrzyn opowiada o zespole Beirut.

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama