Błąd systemu ***** [RECENZJA]

Jan Pelczar, PP | Utworzono: 2020-01-23 18:10 | Zmodyfikowano: 2020-01-23 18:10
A|A|A

fot. mat. prasowe

Jedna z najmocniejszych premier zeszłorocznego Berlinale wreszcie w naszych kinach. Poznajcie Benni – dziewczynę niemożliwą do okiełznania. Marzy, by wrócić do matki, ale dopóki nie znajdzie recepty na swoje ataki furii, skazana jest na tułaczkę po domach zastępczych i opiekuńczych przytułkach. Rzadko kiedy jest w nich w stanie dotrzymać reguł i zagościć na dłużej.

„Bezstresowe wychowanie” i „trudne dzieciństwo” – te dwa zwroty bardzo często powtarzają się w stadnych linczach słownych XXI wieku. Pierwsze, choć jest upraszczającym wrzuceniem do jednego worka rozmaitych nowoczesnych metod wychowawczych, ma być odpowiedzialne za beznadziejność kolejnego pokolenia, jakby te starsze nie rozkładały rąk nad upadkiem obyczajów od wieków i same nie stały kiedyś po drugiej stronie barykady. Klasyczny przykład wołów, co zapominają o latach cielęcych. Drugie, choć jest upraszczającym wrzuceniem do jednego worka rozmaitych odwiecznych traum odniesionych w latach formacyjnych, ma być tanią wymówką dla każdego, kto nabroił w życiu dorosłym – od bycia społecznie nieznośnym po seryjne morderstwa. Klasyczny przykład pozbawiania prawa do obrony.

Kino ukochało sobie szczególnie przykłady „trudnego dzieciństwa” i często opowiada nam w retrospekcjach o zdarzeniach, które wpłynęły na przyszłość bohaterów. Najczęściej są to gwiazdy, które żyły w poprzek i nie dostosowały się do norm społecznych. Dzięki czemu zrobiły karierę i zniszczyły sobie życie prywatne. Nieważne, czy zostały gwiazdami rocka, ekranu i sceny, czy mordowały, gwałciły lub terroryzowały – schemat opowiadania jest często taki sam. Formuły, po które sięga kino w opowiadaniu o latach formacyjnych oraz o masowej fascynacji różnymi zjawiskami wykorzystał z genialnym efektem komicznym Taika Waititi w filmie „Jojo Rabbit”, który też wchodzi właśnie na ekrany polskich kin. Z kolei Sam Mendes w innej piątkowej premierze, filmie „1917” imponuje mistrzostwem wizualnym, ale podporządkowuje dramaturgię znanym już z kina rozwiązaniom.

Celowo zestawiam te tytuły z filmem, do którego chciałem was przekonać. Oba są imponujące i pod wieloma względami mają większy kinowy rozmach od „Błędu systemu”, który szczególnie w opowiadaniu obrazem i w samej konstrukcji także sięga po zabiegi wielokrotnie już na ekranach wykorzystywane. Jego siłą jest spojrzenie na główną bohaterkę, do której pasowałoby pytanie z jednej z zeszłorocznych premier – gdzie jesteś Bernadette? Dziewczyna nie lubi swojego imienia, akceptuje tylko zdrobnienie. Absolutnie nie można dotykać jej twarzy. Łatwo wpada w furię. A wtedy stanowi realne zagrożenie dla otoczenia - bez względu na to, czy znajdą się w nim jej małoletni rówieśnicy, czy jakiś dorosły. Benni potrafi siać spustoszenie i zostawiać po sobie spaloną ziemię.

Pewnie potrzebna jej dyscyplina, odrobina starego dobrego terroru i wszystko byłoby dobrze? Pokazywani w filmie niemieccy opiekunowie i wychowawcy zaskakująco uparcie sięgają po wspomniane bezstresowe wychowanie. Jakby rzeczywiście dostrzegali, że trauma nie da się wymazać z pomocą kolejnej. A w migawkowych retrospekcjach i okruchach dialogów wyłapujemy, że odruchy i reakcje Benni mają grunt w bardzo wczesnym etapie dzieciństwa. Prostych rozwiązań brak, bo wszystkie dostępne metody nie są w stanie zastąpić największej motywacji głównej bohaterki – powrotu do matki. Z nią sytuacja też nie jest czarno-biała. Ma swoje powody, by nie mieszkać z córką, cierpi. Nie jest jednoznacznie złym bohaterem. Dobrym też nie, ale odcienie szarości łatwiej nam zaakceptować w przypadku dorosłego bohatera. O dziecku chcielibyśmy wiedzieć od razu – co z niego wyrośnie, kibicować mu, czy nie. Pech polega na tym, że autorzy „Błędu systemu” nie pokazują trudnego dzieciństwa w formie retrospekcji. Kontekst późniejszych losów nie buduje relacji widzów z bohaterką. Nikt jej nie wykorzystuje, nikt się nad nią nie znęca. Częściej niż ofiarą bywa Benni zagrożeniem. Helena Zengel w głównej roli rozsadza, momentami dosłownie, ekran, ale oprócz siły ma też łatwo odnawialne pokłady uroku. To nie pozwala rozsiąść się w kinowym fotelu w jednoznacznej opozycji do tytułowej „Systemsprenger”.

„Błąd systemu” był niemieckim kandydatem do Oscara. Niestety do finałowej piątki nie dotarł, chociaż niczym francuscy „Nędznicy” mógłby sięgnąć po motto z Victora Hugo: „Nie ma złych ludzi, tak jak nie ma złych roślin. Są tylko źli ogrodnicy”.

Autorka "Błędu...", Nora Fingscheidt, idzie jeszcze dalej: pokazuje sytuację, w której najlepsi ogrodnicy pozostają bezradni. Co wtedy? Wycinać? Ogradzać? Patrzeć jak rośnie, niewiele sobie robiąc z wydzielonych grządek? Największym skarbem „Błędu systemu” jest to, że odpowiedź pozostawia widzom. Stawiam na „bezstresowe wychowania” i „trudne dzieciństwa”, ale zawsze możecie mnie zaskoczyć.

 

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama