Tommaso ** [RECENZJA]

Jan Pelczar, GN | Utworzono: 2020-02-13 17:20
A|A|A

zdj. mat.prasowe

Co tu mogło nie wyjść? Reżyser „Złego porucznika” rozlicza się z własnym ego, pokazuje intymny portret wzorowany na własnych doświadczeniach, przed kamerą stawia jednego z najlepszych aktorów i swojego przyjaciela, a filmową rodzinę buduje mu z własnej partnerki i córki. Nie wyszło prawie wszystko. Jedynie Willem Dafoe wychodzi obronną ręką. Tyle że jeśli w popularnym ostatnio „Uncut Gems” za irytacją wobec bohatera nie musi iść irytacja wobec filmu, to w przypadku „Tommaso” wszystkie naczynia są połączone.

Przemyślenia głównego bohatera zmierzają jednak z poszukujących w kierunkach histeryczno-narcystycznych. Rozterki związane ze sztuką rozpinają się tu od warsztatów aktorskich po spotkania w kręgu uzależnionych. Tytułowy Tommaso daje sobie prawo do romansowania, ale o partnerkę jest piekielnie zazdrosny. Przesadza też z kontrolą, głównie narzeka, mało proponuje w zamian. Szaleje z zazdrości, gdy żona śpi z córką, obecność własnej kochanki, prawdziwej, a nie urojonej, wydaje się nie być dla głównego bohatera żadnym argumentem. Liczą się tylko własne uczucia, własne obsesje i męki, które podobno są twórcze. Jeśli uznacie taki autoportet za odważny i obnażający, „Tommaso” może się wam spodobać. Ja miałem dosyć jęczenia i ślepoty głównego bohatera po mniej więcej połowie seansu.

W dodatku rozwiązania formalne postępują od intrygujących do boleśnie pretensjonalnych. Z początku wrażenie robi kamera z ręki i bliskość postaci, z czasem widz musi sobie zdać sprawę, że to będzie jeden z tych filmów, w których bohater dosłownie wyrwie sobie serce z piersi, a w głośnikach sali kinowej rozlegnie się wówczas donośne dudnienie. O ile zażenowanie można jeszcze jakoś ukryć, to wściekłość na bohatera za marnowanie czasu własnymi niedojrzałymi wyborami maskować trudniej.

W dniu, w którym widziałem „Tommaso” na zeszłorocznych Nowych Horyzontach rozmawiałem też z Celine Sciammą, reżyserką mojego ulubionego filmu 2019 roku – „Portretu kobiety w ogniu”. Francuska autorka powiedziała mi, że nasza cywilizacja umiera z krzykiem, bo to cywilizacja stworzona przez białych mężczyzn. „Oni zawsze są głośni, gdy cierpią. Kiedy mają grypę, krzyczą tak, jakby umierali na raka”. Diagnoza, która pasuje jak ulał do filmu Abla Ferrary. 

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama