Fidelowi świeczkę, Kubańczykom ogarek (FOTOREPORTAŻ)

Magda Orzeł, Filip Marczyński | Utworzono: 2014-08-17 07:22 | Zmodyfikowano: 2014-08-17 07:22

Spędzanie wakacji w krajach rządzonych przez reżimy niedemokratyczne może rodzić dużo wątpliwości moralnych.

W przypadku Kuby tych wątpliwości jest nawet więcej, są mocniejsze. Chiny bez naszego tysiąca euro, czy dwóch poradzą sobie. Chiny w ogóle bez turystyki mogą istnieć. Kuba nie bardzo. Na każdym kroku widać jakiś brak. Zawsze sprowadza się to do jednego - braku pieniędzy. Dziurawe drogi, chodniki bez nawierzchni, odrapane elewacje, starość, zaniedbanie, ubytek.
 
Nawet Policja Rewolucyjna jeździ radzieckimi samochodami sprzed 30 lat. Na co jak na co, ale na policję takie systemy zawsze mają pieniądze. Na Kubie ewidentnie brakuje już nawet na nią. Patrulla - tak napisane na samochodzie - zatrzymuje nas na autostradzie. Policjant wyjaśnia, że przekroczyliśmy prędkość. Nie! - odpowiadamy hardo, bo nie przekroczyliśmy. Prosimy o odczyt z radaru. Radaru nie ma, świetnie to wiemy.

ZOBACZ KONIECZNIE: Kuba - podróż w czasie (cz. I)

Policjant pokazuje na swoje oko. Już on to wie, on widział. Radar - upieramy się. Oko, on na to. Sytuacja od początku ma prowadzić do postawienia nas przed wyborem: 20$ do ręki, lub 80 na kwitku, do zapłaty przy oddawaniu samochodu. Prawdę mówiąc wyboru nie ma. Płacimy. Ale uczciwie trzeba powiedzieć, że taka sytuacja przez trzy tygodnie intensywnego podróżowania zdarzyła się tylko tylko 3 razy. Raz łapówka, raz darmo - odpuścili, raz 60$ oficjalnie, ale wtedy mieli rację, przejechaliśmy po chodniku. Ale te rozterki dotyczące dawanie łapówek policji nie są tu najważniejsze.

Najważniejsze pytanie, to czy w ogóle tam jechać. Podróż na Kubę musi wiązać się z zasileniem reżimu Fidela i Raula Castro - ale można to zasilanie minimalizować dając jednocześnie zarobić ludziom. W tym celu należy unikać Varadero, Cayo Coco, czy Cayo Santa Maria i paru innych zamkniętych enklaw. My jednak pojechaliśmy na Cayo Coco. Może nie żałujemy, ale więcej tego nie zrobimy.

Już przyjazd jest frustrujący. Cayo Coco to kilka wysp na północy z folderowymi plażami, palmami itp. Na miejscu kilka hoteli all inclusive. Niektóre państwowe, kubańskie, inne należące do hiszpańskich sieci. Aby się tam dostać, trzeba przejechać przez 30-kilometrową groblę, która zaczyna się szlabanem i posterunkiem policji.

 Zatrzymujemy się obok budki, metr za znakiem stop. Błąd. Policjantka podchodzi i niezbyt przyjaźnie instruuje nas, ze " stop" to znak międzynarodowy, zrozumiały, więc ona nie zezwala na przekraczanie go, bla bla bla, na szczęście niewiele rozumiemy. Obyło się bez mandatu, ale trzeba było pokazać paszporty. Bo to była granica kubańsko - kubańska. Z Kuby na Kubę Kubańczykom wstęp wzbroniony. Tu wstęp tylko dla dolarów. Kubańczycy mogą co najwyżej posprzątać nasze pokoje, pozamiatać alejki, podać do stołu.

Ale praca w jednym z hoteli to coś bardzo pożądanego. Kilka, czy kilkanaście dolarowych napiwków i średnia, nieopodatkowana, dodatkowa pensja w kieszeni. Państwowa pensja na Kubie to 12$. "Nie zdziw się, jeśli twoja pokojówka na Cayo Coco będzie lepiej wykształcona niż ty" napisała amerykańska blogerka. Inżynierowie, wykładowcy wolą czasem słać łóżka w hotelach, niż pracować za państwowe pesos cubanos. No ale my pamiętamy naszych profesorów i docentów ochoczo kładących gipsogładzie w Dusseldorfie w latach '80. nas to aż tak nie dziwi, ale nie czujemy się tu komfortowo. Przeszkadza nam to. Poza tym jest nudno. Ile darmowych mojito możesz wypić? Owszem jest pięknie.

Ale plastikowo.

To nie Kuba. To plaża. Na pocieszenie jedziemy na Playa pilar - niektórzy twierdzą, ze to jedna z najlepszych plaż na całych Karaibach.

Są możliwości, by takich rozterek uniknąć, ale o tym za tydzień.


Komentarze (0)
Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.