Kapitan barki, która uderzyła w Polinkę, został uniewinniony

| Utworzono: 2014-09-15 10:51 | Zmodyfikowano: 2014-09-15 10:52
A|A|A

fot. Przemek Gałecki (Radio Wrocław)

Do zdarzenia doszło w marcu br. Dźwig przepływający na barce pod kolejką Politechniki Wrocławskiej  zahaczył o jeden z wagoników. W środku byli studenci i pracownicy uczelni, nikomu nic się nie stało.

Urząd Żeglugi Śródlądowej we Wrocławiu uznał kapitana barki Jeana Nowickiego za winnego spowodowania wypadku - karą miało być czasowe odebranie uprawnień. Teraz decyzja została uchylona i skierowana do powtórnego rozpatrzenia. A tak Jean Nowicki komentuje decyzję ministerstwa:

Chodzi o wypadek do którego doszło w marcu we Wrocławiu. Barka przewożąca dźwig zahaczyła o wagonik kolejki gondolowej Politechnik Wrocławskiej. Urząd Żeglugi Śródlądowej uznał, że jedynym winnym był kapitan barki Jean Nowicki.

Jednak Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju uchyliło tę decyzję i nakazało powtórne zbadanie sprawy. W dokumencie czytamy też, że nie zostały zbadane wszystkie dowody i nie przesłuchano najważniejszych świadków. Jean Nowicki nie kryje zadowolenia:

A tak kilka miesięcy temu dyrektor Urzędu Żeglugi Śródlądowej we Wrocławiu Jan Pyś uzasadniał bezsporną winę kapitana barki:

Decyzja ministerstwa nie jest prawomocna. Każda ze stron może odwołać się od niej do Sądu Administracyjnego.

Do zdarzenia doszło w marcu - dźwig przepływający na barce pod kolejką linową Politechniki Wrocławskiej  zahaczył o wagonik. W środku byli studenci i pracownicy uczelni. Urząd Żeglugi Śródlądowej we Wrocławiu uznał Jeana Nowickiego za winnego spowodowania wypadku - karą najprawdopodobniej będzie czasowe odebranie uprawnień.

- Śledztwo było tendencyjne. To, że ja będę winny, ustalono już na samym początku - mówił Radiu Wrocław w czerwcu Nowicki dodając, że lina nośna Polinki wisiała zbyt nisko. Zdaniem kapitana zatuszowano na to dowody, bo badanie prześwitu między kolejką, a lustrem wody przeprowadzono dopiero miesiąc po wypadku.

ZOBACZ KONIECZNIE: Dźwig uszkodził kolejkę Politechniki

- Czyżby we Wrocławiu nie było firm, które potrafią wykonać taki pomiar? Ale być może właścicielom Polinki potrzebny był miesiąc, na doprowadzenie do porządku liny nośnej i napinaczy - zastanawiał się wówczas Nowicki.

Agnieszka Niczewska, rzeczniczka Politechniki Wrocławskiej, uczelni do której należy Polinka ripostowała: - Nigdy żadne badanie nie wykazało odchyleń większych niż 0,1 stopnia, co oznacza kilka do kilkunastu centymetrów. Niczewska dodawała, że badania stanu technicznego gondoli są przeprowadzane raz na miesiąc, a to po wypadku było tylko dodatkową kontrolą. Jej zdaniem wina kapitana jest bezsporna.

- Nigdy w życiu nie widziałam barki, która płynęła z podniesionym ramieniem koparki. To jest na pewno coś, co nie powinno się zdarzyć - mówiła w czerwcu Niczewska.

Tymczasem Jean Nowicki przekonywał, że ramię było nisko, bo chwilę wcześniej barka przepływała pod kładką Zwierzyniecką i wtedy prześwit był powyżej 2 metrów.

Dowodem ma być nagranie, które zrobiła kamera umieszczona na budynku MPWiK. Prokuratura nie potwierdza, że posiada taki film, kapitan pokazuje zdjęcia tuż po wypadku - dźwig ma maksymalnie złożone ramię (zobacz obok).

Nowicki nie miał również wątpliwości, że Polinka działała po prostu nielegalnie, bo bez odpowiednich znaków wodnych i odbioru, którego oczekiwał Urząd Żeglugi Śródlądowej we Wrocławiu. Ten wydał pozytywną opinię, ale zastrzegł sobie możliwość kontroli kolejki przed jej otwarciem.

- Rzeczywiście nie odebraliśmy Polinki - mówił dyrektor Urzędu Żeglugi Śródlądowej we Wrocławiu Jan Pyś. A wtórował mu Piotr Stachura, rzecznik prasowy Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej we Wrocławiu: - Skutkiem braku właściwego oznakowania mógł być ten nieszczęśliwy wypadek.

Dlaczego w takim razie  Politechnika Wrocławska nie dopełniła formalności? Agnieszka Niczewska tłumaczyła nam, że zgodę na użytkowanie Polinki wydał Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego i nie ma takiego przepisu, który nakazuje dopuszczenie do kontroli wodniaków, za to winą za brak znaków wodnych obarczała wykonawcę prac - firmę Doppelmayr.

- Wybierając firmę w przetargu, nie możemy drugim torem, za plecami tej firmy, czegokolwiek robić, tak się nie postępuje - argumentowała Niczewska.

To dokumenty, które pokazał nam kapitan. Kliknij, by powiększyć

Oznakowanie zostało uzupełnione dopiero kilka tygodni temu (pisaliśmy w czerwcu), dlatego kapitan był przekonany, że jego wina za wypadek zostanie anulowana. Piotr Stachura, który nie miał wątpliwości, że ktoś nie dopełnił obowiązków, miał nieco inne zdanie: - To oznakowanie jest problemem pośrednim. Doświadczony kapitan jest w stanie ocenić sytuację na żywo. A tutaj zabrakło przezorności.

ZOBACZ TEŻ: Tak wygląda świat z Polinki! (DUŻO ZDJĘĆ)

- Złożyłem odwołanie. Jeżeli nie poskutkuje, złożę sprawę do sądu - zapowiadał Nowicki, który winą za wypadek obarczył także Żeglugę Śródlądową we Wrocławiu. Zgodnie z dokumentami jego pchacz poruszał się po Odrze na podstawie instrukcji pracy podczas remontu wrocławskiego węzła wodnego. Jednak nie ma w niej ani słowa o przeszkodzie wodnej, jaką jest Polinka.

Jan Pyś  tak odpierał zarzuty: - Jest informacja, że należy się stosować do przepisów ogólnych - nie można było przekraczać wysokości 5,25. A tutaj ta wysokość była przekroczona. Od decyzji odwołał się nie tylko pan kapitan, ale także armator. Życzę im powodzenia, ale myślę, że dyrektor żeglugi ma rację - mówił Pyś.

Sprawą zajęło się Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju. Swoje postępowanie wszczęła także prokuratura Wrocław Śródmieście, lecz jej szef Wojciech Ogiński nie zdradził szczegółów i  terminów postawienia ewentualnych zarzutów spowodowania zagrożenia katastrofą w ruchu wodnym.

Posłuchaj całego materiału:

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
~jean nowicki
2014-09-17 23:45:11
z adresu IP: (37.31.xxx.xxx)
Ocena: 0
szanowni panstwo ramie koparki bylo zlozone sprzet pracowal zgodnie z ustaleniami ale wyliczenia inzynierow nie obdaly krotka pilka musi byc winny ale nie kapitan zobaczymy
~www
2014-09-15 23:37:09
z adresu IP: (178.37.xxx.xxx)
Ocena: 3
Nie do końca masz rację- każdy obiekt na trasie rzeki do jakiejś wysokości powinien zostać oznakowany (w praktyce wszystko poza bardzo wysokimi liniami energetycznymi), ten oznakowany nie był, bo znak się pojawił po wypadku. Ponadto widziana wzrokowo wysokość zawieszenia liny mocno się różni od wysokości do dna obciążonego wagonika przy ugiętej linie i wobec tego taki obiekt powinien być oznakowany. Jeżeli chodzi o drogi to jak nie ma żadnego oznakowania przyjmuje się że jest prześwit >4,5m , a dla trakcji 5,5m (ze względu na obecność napięcia). W każdym przypadku - jeżeli jest mniej obiekt musi zostać oznakowany, a ruch tzw gabarytów rządzi się innymi prawami - jest to przejazd specjalny i trasa jest indywidualnie opracowywana w oparciu o rzeczywiste dane wysokości i skrajni obiektów.
~ater
2014-09-15 14:52:59
z adresu IP: (83.27.xxx.xxx)
Ocena: -2
no fajnie dobrze że nikomu nic się nie stało trzeba uważać czy na asfalcie czy na drodze
~H.B
2014-09-15 13:09:17
z adresu IP: (156.17.xxx.xxx)
Ocena: 1
Kluczowe dla sprawy jest odpowiedź na pytanie : w jakim stanie mają być transportowane urządzenia dźwigowe po drogach publicznych, wodnych itp. Czy w stanie złożonym, czy z podniesionym wysięgnikiem. Odpowiedź na to kluczowe pytanie udzielą Państwu w Ośrodku Szkolenia Maszynistów . Ponadto przepisy branżowe dotyczące transportowania urządzeń dźwigowych/zestawy niskopodwoziowe/ oraz przepisy dotyczące operatorów urządzeń dźwigowych poruszających się po drogach publicznych dźwigami samobieżnymi. Idąc za tokiem wywodów kapitan barki, jadąc ulicami Wrocławia dźwigiem samobieżnym pozrywałby linie napowietrzne tramwajowe, bo również MPK nie zawiesiło tablic ostrzegawczych.
Reklama