Shofar: Pewnie ciągle jesteśmy dziwakami... (ROZMOWA)

Ula Andruszko | Utworzono: 2015-08-17 18:26 | Zmodyfikowano: 2015-08-17 18:27
A|A|A

Koncert kanadyjskiego duetu Nadja i tria Rogiński&Trzaska&Moretti – Shofar w Synagodze to drugi koncert towarzyszący wystawie Vot ken you mach?, która podejmuje kwestię tożsamości żydowskiej dzisiaj. Wystawę można oglądać do 30.08.2015r w MWW Muzeum Współczesne Wrocław.

Urszula Andruszko: Mam wrażenie, że podczas koncertu wyciągnęliście esencję z muzyki żydowskiej i tę esencję wzmocniliście do maksimum. Jak Wy to odczuliście?

Raphael Rogiński: Ta żydowska muzyka jest takim pretekstem do sięgnięcia jeszcze dalej, kiedy podział był jeszcze plemienny, do tego pierwszego momentu, kiedy wszyscy szukaliśmy muzyki w przyrodzie i wprowadzaliśmy się w taki odpowiedni stan. To źródło muzyki, ta esencja ma zbliżać ludzi, opowiadać o czymś, wprowadzać czasem w inny stan świadomości. Myślę, że na pewno, tak jak u mnie - w każdym zespole czy kiedy gram solo chodzi o to, żeby tę esencję złapać. Tę esencję pierwszego odruchu. To jest wszystko mistyczna muzyka żydowska z różnych krajów, od Tunezji po Polskę i właśnie o to chodziło, żeby się oderwać. To jest magiczna muzyka i my tej magii też ulegamy. Gramy najszczerzej jak możemy grać, przez to ta esencja się pojawia i ona jest wspólna wszystkim ludziom.

Gracie przede wszystkim stare pieśni religijne, magiczne. Czy tę magię odnajdujecie, czujecie?

Raphael Rogiński: Tak, nawet na koncercie o tym rozmawialiśmy, że znowu coś jest inaczej. Nie panujemy nad tym. Każda muzyka ma jakiś tam pierwiastek magiczności, nawet ta mocno zaaranżowana, u nas jest to bardziej otwarte, ale każdy koncert jest inny. Płyta, którą teraz promujemy, podwójny czarny album Gold of Małkinia, to jest coś innego. Graliśmy dziś też utwory z tej płyty, nie wszystkie, ale część i one brzmią znowu inaczej. To jest jak w przyrodzie. Jednego lata las wygląda tak, a drugiego inaczej. Część drzew obumiera, część rośnie wyżej. To jest ta magia. Magia jest właśnie w przyrodzie. Tą świątynią jest natura, przyroda, ale też człowiek. My wierzymy w religię dla człowieka, wierzymy w ludzi. Nie na zasadzie może new age, ale dla mnie najpiękniejsza w religii jest kreacja człowieka, czyli to, co człowiek potrafi zinterpretować jako objawy religijne. To jest bardzo ludzkie. Część naszego brzmienia jest jak taki zwierz, który nie ma mięsa, jakieś takie kości które byśmy zebrali, ona brzmi jakbyśmy grali na kościach, jest bardzo organiczna. To jest bardzo ludzkie ale i też niebiańskie.



Powtarza się u Ciebie temat sięgania do korzeni, do natury. Skąd ten motyw, kiedy się to zaczęło?

Raphael Rogiński: Cały czas rosłem z jakimiś ludźmi z jakichś pogranicz – z pogranicza wieku, z pogranicza pochodzenia. Myślę, że to na pewno mnie ukształtowało. Wychowywałem się też w bardzo dziwnych miejscach i ta natura była bardzo nam bliska od zawsze. I to nie jest nic oryginalnego, każdy to ma w sobie, każdy potrzebuje pójść na spacer czy do lasu, większość ludzi na pewno. Dla mnie to jest poszukiwanie sacrum, tego z czego wynikamy, tego że oprócz gnijących flaków mamy w sobie też potrzebę wąchania kwiatów... I to jest dla mnie piękne, ten spryt ludzki, próba okiełznania kompletnej tajemnicy jaką jest natura do dziś. Są na przykład takie światełka w Australii – po Aborygeńsku nazywają się „wili-wili” i to są takie małe światełka – rozładowania, nie wiadomo do końca, co to jest do dzisiaj – one się pojawiają na pustyni i to jest część mitologii Aborygeńskiej. To jest część kultury, część tego, co jest niewiadome dla białych, nie są w stanie zbadać czym one są. Ale jest też druga strona tego – w slangu australijskich białych prymitywów wili-wili to jest sikać po prostu, po pijaku. To jest piękne w świecie – takie przenikanie się wszystkiego.


Słuchając muzyki improwizowanej, mam wrażenie, że w tej improwizacji odbija się to, kim człowiek jest, jego doświadczenia i jego emocje, które przeżywa w danym momencie. I w związku z tym, każdy koncert jest inny. Co Wami kierowali podczas tego koncertu, co jest obecne w tym, co robicie teraz i co robicie razem?

Raphael Rogiński: Naszym największym skarbem jest przyjaźń, to jest bardzo rzadkie w zespołach. Przede wszystkim mamy zespół, nie projekt. Kultura dotacyjna wytworzyła coś takiego jak projekty, to jest przerażające. Ludzie, aby grać ze sobą muszą stać się nomadami, stracić wszystko i zyskać wszystko. Przede wszystkim się przyjaźnić. Cala tajemnica jest w przyjaźni. Improwizacja ma różne oblicza, ale nasza jest przyjaźnią, jest potrzebą i pragnieniem. Szukamy cały czas esencji. Dzięki temu, że jest nas więcej jest nam łatwiej. Przyjaźń rodzi coś takiego – idziesz z przyjacielem na spacer, czyli znowu wracasz do natury, rozmawiasz o podobnych rzeczach, a nagle jest inaczej. Zaczynasz z nim rozmawiać trochę w inny sposób, jakby grając rolę w teatrze. Cały czas improwizujemy można powiedzieć, ale ta najpiękniejsza wynika z przyjaźni, szacunku i nienasyconego pragnienia, głodu.


Raphael powiedział, że wasz zespół narodził się z przyjaźni. Każdy z Was gra w wielu różnych, zupełnie innych projektach. Na ile to co gracie w innych projektach odbija się w Shofarze, a na ile to co jest w Shofarze jest wyjątkowe i jedyne?

Mikołaj Trzaska: Każde spotkanie z ludźmi w określonej konstelacji – Macio, Raphael i ja w Shofarze robimy zupełnie inną muzykę – gdyby wymienić jednego z nas zmieniłby się cały świat. Gdyby wymienić perkusistę, to byłaby inna muzyka, gdyby wymienić gitarzystę – to byłaby inna, nie byłoby w ogóle! Gdyby zmienić saksofonistę to może by się dużo nie zmieniło (haha) Ale - mówiąc poważnie – to jest jakby gwarant rozwoju zespołu, że to nie jest nasze jedyne dziecko, że my zdradzamy, jesteśmy zdrajcami! Raphael się urwie i pójdzie do innej muzycznej kobiety, zdradzi mnie z bluesem, zdradzi mnie z Luizjaną, a potem wróci i tę zdradę wykorzysta i zdradzi kogoś innego ze mną. Na tym to polega – rodzaj takiej pięknej, cudownej poetyckiej brutalności w relacji. I z tego dramatu, tej brutalności dzieją się takie rzeczy. Nie mówię, że nie ma w tym zazdrości, bo jest zazdrość, ale ta zazdrość generuje ciekawość. Co ten Raphael robi kiedy go tu nie ma? A! Fra blues, rzeczywiście, bo to słychać, albo przywiózł coś afrykańskiego, co grał przed chwileczką, on to przywlókł ze sobą, czka mu się tym. Trochę jakby pachniał obcą kobietą w obcowaniu ze mną, co może budzić u mnie problem, ale też myślę sobie, że ta ciekawość, że ta zazdrość, może mieć dwa końce, że z jednej strony może mnie odrzucać, a z drugiej strony może to być ciekawością. Myślę, że z każdą emocją tego typu istnieje ta cudowna ambiwalencja, tylko musisz wybrać, która jest inspirująca, a która nie.

Raphael, wspomniałeś o tym, że graliście nowy materiał z albumu Gold of Małkinia. Na ile jest on odmienny od waszych poprzednich płyt – Shofar i Ha Huncvot? Co się zmieniało we współpracy między wami, co nowego się pojawiało?

Raphael Rogiński: Jest taki proces – porównując z naszymi przodkami, którzy szli i szukali cały czas celu. Oni cały czas byli tymi samymi, niektórzy ginęli,umierali, inni chorowali, ale cały czas była jedna potrzeba. My też mamy jedną potrzebą i jesteśmy szczerzy w tym, ale ten rozwój cały czas istnieje. Co jest ciekawe, teraz jesteśmy jakbyśmy jechali na biegu terenowym w samochodzie, takim jakby wolniejszym, jakbyśmy jechali gdzieś pod górę. Nie umiemy określić, dlaczego tak jest. Mamy rożne style, które gdzieś się pojawiają, ale to jest jednak jeden zespół, nie mamy żadnych gości. Gramy te same utwory, ale one nigdy nie brzmią tak samo. To nie jest kwestia planu – żeby było dziwnie, ale kwestia nas, że jesteśmy postawieni w jakiejś sytuacji, jakiejś teraźniejszości, która tak na nas wpływa. Może jesteśmy meteopatami … To tak jakbyś była na bardzo długim spacerze.

A co było na początku? Co skłoniło was do zajęcia się tematem muzyki chasydzkiej?

Raphael Rogiński: To była - znowu - chęć przyjaźni, zbliżyliśmy się bardzo. Nam te utwory się śniły po nocach. Kiedy przywiozłem je do Mikołaja pierwszy raz z Macciem zaczęliśmy je grać, mieliśmy takie przedziwne stany, coś takiego na wpół sennego. Ta potrzeba była z tego, że jest gdzieś w nas taka relacja pomiędzy free jazzem, którego nigdy nie graliśmy a muzyką chasydzką. Pomiędzy muzyką improwizowaną a chasydzką. Chasydzkie pieśni były śpiewane właśnie wyimprowizowane. Mi się podobał ten chaos, który przy tym powstawał. Większość śpiewała, drudzy coś pili, trzeci śpiewali jeszcze inną melodię. To wszystko jest takie chaotyczne, to nie jest jak w kościele, że stoisz i chór śpiewa. To są takie imprezy tak na prawdę, to wszystko jest po to, żeby wprowadzić się w trans i zbliżyć się do Boga jak najbardziej. Myślę, że nas interesowało, cały czas szukamy przyczyny do ocalenia się, do zrozumienia, do głodu, do zaspokajania, ale z nadzieją. że się go nigdy nie zaspokoi.

Pytałam już Raphaela skąd u niego temat żydowski i wiem że to jest poszukiwanie źródel, korzeni. Mikołaj, jak to jest w twoim przypadku?

Mikołaj Trzaska: Tak samo. Z tym, że za każdym razem... No wiadomo, jesteśmy Żydami, Raphael i ja jesteśmy Żydami i ta muzyka, którą gramy ma dla nas bardzo specyficzną rolę. Bo to jest nasza muzyka rytualna, muzyka naszej identyfikacji. I to jest nasz chleb. To jest to w jaki sposób nasz wrażliwość wewnętrzna, która pochodzi z naszych korzeni się może swobodnie wyrażać. Ten proces identyfikacyjny ma wiele stopni. To dlaczego powstał Shofar, powód zasadniczy był taki, kiedy myśmy ten Shofar zakładali, że chcieliśmy udowodnić, że można grać tę muzykę dzisiaj, że nie trzeba się przebierać za Żydów heh Żydzi nie muszą... mogą się przebierać za Gojów... że to może być zwykłe, że nie trzeba robić tego „umpa umpa”, że nie trzeba wstawiać w takie cepeliowskie ramki, w które zwykło się wstawiać muzykę żydowską. Większość festiwali, większość – bo nie wszystkie - prezentuje taki określony, nawet powiedziałbym – antysemicki kanon żydowski. Musi być „Skrzypek na dachu” - fuj! Coś okropnego! Musi być taki Żyd z brodą prawie że z pieniążkiem. Nie może być Żyd współczesny z długimi włosami, nie może być Żyd gruby, chudy, nie może być kolegą, nie może być obywatelem jednego kraju, nie może normalnym człowiekiem, być taki jak pani, taki jak ja, taki jak on, tak jak ta butelka wody. Cały czas jest jakaś męka wokół tego, jakaś dodana historia, która w ogóle tego nie wymaga. Dotąd było tak, że byliśmy dziwakami. Dzisiaj pewnie ciągle jesteśmy dziwakami, ale w naszym pojęciu już jest taki etap kiedy byśmy chcieli stworzyć muzykę, która już jest po końcu świata. Nie będziemy opisywać końca świata, bo to się wydarzyło ewidentnie, w nas się też ten koniec świata wydarzył. Ale my już chcemy być normalni, chcemy kochać, chcemy mieć pieniądze, chcemy mieć radość z życia. Jak każdy człowiek. Ale Żyd nie ma radości w życiu, taki jest układ psychologiczno – socjalny. Żyd w drugim pokoleniu, który urodził się z rodziców, którzy przeżyli holocaust, nie ma radości w życiu. Chyba że sobie o to powalczy. Myśmy sobie tak powalczyli. I część sobie wywalczyliśmy. A co jeszcze przed nami? Myślę, że to jest ciekawe, że to jest odkrywcze.

Czym jest Shofar, dlaczego pojawił się w waszej nazwie?

Raphael Rogiński: Właściwie jest jeden powód. W Polsce, w Galicji, w Warszawie też jest jeszcze, jak chodziłem do Synagogi dawno temu, to starsi ludzie na yom kippur czyli nowy rok, padali na ziemię, na płasko. W żydowskiej tradycji jest zabronione klękanie przed Bogiem. Dlatego że jesteś stworzony na podobieństwo, to nie możesz być nagle niższy, kajać się. Przy tym jak się pada na ziemię pojawia się właśnie taka melodia, grana na shofarze, czyli na rogu antylopy. To są takie zadęcia dwa czy trzy – i wszyscy czekają, żeby odpowiedział róg, który zapowiada przyjście Mesjasza. Mnie fascynowało zawsze to napięcie które towarzyszy czekaniu. Niektórzy bardziej sceptyczni wiedzieli, ze przecież nigdy to nie nadejdzie, że to by było jakieś absurdalne. Czasami włączały się klaksony jakieś, alarmy i wszyscy tylko nasłuchiwali. Uwielbiam to oczekiwanie właśnie, stąd się wzięła nazwa shofar – z tego ze jesteśmy w takim stanie.

Na waszej płycie znalazły się utwory, które pochodzą z badań muzykologicznych na terenie Ukrainy, Polski, Mołdawii. W jaki sposób do nich dotarliście?

Raphael Rogiński: Teraz gramy też utwory z Bośni, Maroka, Tunezji. Znalazłem tę książkę... Jedną z części... Mosze Bieregowskiego... W jakiejś bardzo dziwnej księgarni muzycznej w Krakowie, w której była rzucona, nie było nawet ceny do niej przyczepionej. Nie wiem, czy ktoś ją tam włożył dla mnie... Wziąłem ja , kupiłem ja za 5 zł. I zacząłem grać. Okazało się, że tam są te NASZE utwory. Mosze Bieregowski był pionierem badania tej kultury na terenach Galicji, ale my też sami, ten nowy materiał są moje badania, kiedy mieszkałem w Izraelu. Kiedy znajdujemy TEN utwór, to go bierzemy po prostu. To są cały czas utwory religijne, te które ten spryt ludzki pokazywały najpłynniej. Te sposoby na dotarcie do czegoś wyżej, czymkolwiek to jest.

Jak zmieniał się odbiór tej muzyki? Czy czujesz ze ludzie są teraz bardziej otwarci na taką „zabawę” z muzyką żydowską?

Raphael Rogiński: Myślę, że ludzie są teraz mniej podatni na zabawę. Szukają sensu, to jest czas bardzo specjalny. Dawniej było tak, że to było kojarzone z jakimś takim prymitywnym podejściem, z jakimiś bachanaliami, z ludźmi poprzebieranymi za Żydów, strasznymi rzeczami. Teraz jest czas głębokiej analiza i refleksji i każda muzyka jest grana jako próba dojścia do czegoś głębiej. Na pewno w kulturze żydowskiej bardzo się to wszystko zmieniło, nie wiem czy na lepiej, czy na gorzej, ogólnie na lepiej, bo już trochę nie ma miejsca dla tych wszystkich syfiastych zespołów, co mnie też cieszy. To nie jest moja konkurencja i nigdy nie była, ale mnie martwiło, że po tej kulturze głębokiej, ale i bardzo dziwnej, bo ona była bardzo różna, czy we Wrocławiu czy w Warszawie była różna. Chciałem, żeby ludzie widzieli całe spektrum tej kultury, co się trochę udalo, ale oczywiście nie da się tego zrobić w pełnym wymiarze bo nie ma najwyraźniej ludzi, którzy by to mieli zrobić na taką skalę. Mnie najbardziej cieszą takie dziwne zjawiska w jakichś małych miasteczkach, ze ktoś robi coś bardzo malutkiego - jeden robi festiwal za 5 tysięcy złotych, drugi czyści cmentarz, trzeci synagogi pilnuje. Nikt im za to nie płaci i według mnie to dla nich przewidziana jest największa nagroda.

Dziękuję za rozmowę.

Wrażenia z koncertu i rozwinięcie tematu niekonwencjonalnej i niebanalnej muzyki żydowskiej w audycji Dźwięki Świata. W każde niedzielne popołudnie penetrujemy pogranicza sceny „world music” i przekraczamy podziały pomiędzy muzyką tradycyjną a współczesną.

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama