To był największy napad w historii Polski! W Wołowie łupem padło ponad 12,5 miliona złotych. Te szczegóły szokują! - Radio Wrocław

To był największy napad w historii Polski! W Wołowie łupem padło ponad 12,5 miliona złotych. Te szczegóły szokują!

Ewa Gazda
Ewa Gazda
| 10 miesiecy temu, 2025-08-19, 12:49
To był największy napad w historii Polski! W Wołowie łupem padło ponad 12,5 miliona złotych. Te szczegóły szokują! - Budynek banku w Wołowie i ława oskarżonych
Budynek banku w Wołowie i ława oskarżonych
Fot.archiwum RW

Wołów, niewielkie miasteczko położone około 50 km na północny-zachód od Wrocławia, które w 1962 roku miało zaledwie 8 tysięcy mieszkańców. 19 sierpnia 1962 roku spokój wołowian został zburzony przez wydarzenie, o którym do dziś mówi cała Polska. Napad stulecia - bo tak określa się to zdarzenie, rozsławił niewielkie dolnośląskie miasteczko na cały świat, a kwota, jaką wówczas zrabowano, do dziś pozostaje najwyższym łupem w historii Polski.

Była niedziela, kiedy na jedyny bank w mieście, oddział Narodowego Banku Polskiego przy placu Jana III Sobieskiego, gromadzący utargi ze wszystkich sklepów i fabryk, napadła 5-osobowa grupa. Rabusie włamali się do placówki, obezwładnili strażnika i używając lewarka samochodowego przebili się do skarbca. Ukradli gotówkę i odjechali samochodem marki Warszawa. Jak się później okazało, w planowaniu napadu pomagało im dwóch pracowników banku. Łupem złodziei padło 12 531 000 zł. Dla porównania, w tamtych czasach przeciętna pensja wynosiła 1600 zł miesięcznie.

Rabunek został ujawniony, kiedy nad ranem, 20 sierpnia, sprzątaczka zastała drzwi do banku otwarte na oścież, a w środku znalazła skrępowanego strażnika. Milicjanci zabrali się za poszukiwania sprawców. Bardzo szybko wywnioskowali, że złodzieje musieli mieć pomoc z wewnątrz, czyli pracownika banku. Lokalni milicjanci po raz pierwszy mieli do czynienia z przestępstwem na taką skalę. Nie do końca wiedzieli, gdzie i jak zacząć szukać sprawców. Pomogła im intuicja - broń pochodzącą z napadu, którą rabusie wykorzystali do sterroryzowania strażnika, odnaleziono na dnie pobliskiego stawu.

Podstęp śledczych wywabił sprawców napadu stulecia

Kluczowa dla rozwiązania całej sprawy okazała się znajomość serii i numerów wszystkich skradzionych banknotów. To właśnie dzięki temu policja posunęła się do podstępu, by sprowokować rabusiów do ujawnienia się. Do mediów trafiła informacja o planowanej wymianie pieniędzy, a to spowodowało, że sprawcy zaczęli wprowadzać skradzioną gotówkę do obiegu.

Zanim to jednak nastąpiło minęły aż dwa miesiące od napadu, w międzyczasie sprawę przejęli milicjanci z Warszawy oraz oficerowie SB, bo cała ta sprawa była bardzo niewygodna dla władzy.

I w końcu nastąpił przełom. W kilku miejscach odnotowano próbę zapłacenia skradzionymi pięćsetkami. Jak się okazało, dokonać tego miały żony samych sprawców, które na zakupy jeździły m.in. do Opola czy Katowic. Jedna z nich miała niedługo po napadzie paradować po mieście w bardzo drogim futrze. Ostatecznie, do rabusiów z Wołowa śledczych doprowadziła siostra jednego z przestępców, która chciała wpłacić na swoje konto bardzo wysoką jak na tamte czasy kwotę.

POLECAMY: Wielkie czyszczenie Hali Stulecia. Prace potrwają kilka miesięcy! [ZDJĘCIA]

Szokujące rozwiązanie zagadki z Wołowa

Milicja zatrzymała szajkę z Wołowa kilka tygodni po napadzie. Jej szefem okazał się Mieczysław F., 38-letni elektronik, właściciel zakładu napraw sprzętu radiowo-telewizyjnego, który kilka lat wcześniej montował zabezpieczenia w banku. To właśnie wtedy miał zachwycić się niewyobrażalną ilością gotówki ukrytą w skarbcu. Wśród zatrzymanych był również Wiktor K., taksówkarz, który w trakcie śledztwa woził policjantów po Wołowie i słuchał o postępach w poszukiwaniach. To on też miał wyrzucić do stawu broń z napadu. Ponadto w akcji uczestniczyli: Józef S., Jan J. i Rudolf D.

Szokiem dla śledczych okazało się, że za napadem stali mieszkańcy Wołowa, praworządni obywatele, którzy nigdy wcześniej nie mieli na pieńku z prawem. Przez całe śledztwo uważano, że napad zorganizowali recydywiści. Wszyscy zastanawiali się zatem, po co cały ten napad, skoro wszyscy członkowie szajki byli dość zamożni. Za wszystkim stała miłość do hazardu i dług, który rzekomo mieli mieć u swojego karcianego kompana, księdza z pobliskiej wsi.

Zgubiło ich zamiłowanie do hazardu

A co się stało z pieniędzmi? Znaczna część łupu ukryta była w punkcie napraw Mieczysława F. Część przechowywali w swoich domach. Resztę sprawcy ukryli w kurniku przy ul. Świerczewskiego należącym do Wiktora K. Ostatecznie udało się odzyskać ponad 11 mln zł. Pozostałe pieniądze rabusie spalili.

Przed sądem stanęli wszyscy sprawcy, dwóch wspólników i 20 innych osób, które pomagały i ukrywały informacje o przestępstwie. Główni podejrzani zostali skazani przez Sąd Wojewódzki we Wrocławiu na dożywocie, potem tę karę zamieniono im na 25 lat więzienia. Wspólnicy usłyszeli wyrok 15 lat więzienia, a pozostali od roku do 8 lat pozbawienia wolności. Ostatecznie wszyscy zamieszani w tę sprawę skazani spędzili w więzieniu mniej czasu. Ostatni z nich opuścił zakład karny w 1979 roku. Kilka lat wcześniej premierę miał film "Hazardziści" wzorowany na tej właśnie historii. 

Dziś siedziba banku to budynek mieszkalny, ale wciąż widać tam pozostałości jego dawnej funkcji. 3 lata temu ekipa Radia Wrocław, przygotowując jeden z odcinków "Dolnośląskich Tajemnic" z Joanną Lamparską miała okazję wejść do jego wnętrza i obejrzeć miejsce napadu stulecia. 

Czytaj także: Wyburzenie czy remont? Spór o kamienice przy ul. Pułaskiego. Odpadające elementy zagrażają przechodniom


Komentarze (0)
Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.