Rozmowa dnia: O historii Solidarności Polsko-Czechosłowackiej [SŁUCHAJ]

| Utworzono: 2017-11-28 08:50 | Zmodyfikowano: 2017-11-28 08:50
A|A|A

fot. Andrzej Owczarek

"Transgraniczne ścieżki Polsko-Czechosłowackich dysydentów" - to nazwa projektu badawczego, którego oficjalne podsumowanie zaplanowano na dziś w Centrum Historii Zajezdnia we Wrocławiu. Rok trwało zbieranie relacji działaczy opozycyjnych, którzy na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych spotykali się na granicy Polsko-Czechosłowackiej.

Te spotkania służyły wymianie informacji, dystrybucji niezależnych czasopism i przekładów zakazanej literatury oraz dokonywaniu "przerzutów" sprzętu dla podziemnych drukarni. Teraz nagrane relacje posłużą do stworzenia opisów ścieżek i naniesienie ich na mapy, dzięki czemu poznamy trasy, którymi przemieszczali się opozycjoniści.

POSŁUCHAJCIE:

Dzisiaj we Wrocławiu podsumowanie ważnego projektu - "Transgraniczne ścieżki Polsko-Czechosłowackich dysydentów". Brzmi bardzo naukowo, ale chodziło przecież o spotkania z ludzi przeciwnym opresyjnemu systemowi. Jak doszło do współpracy?

Pomysł na organizację powstał w 1981 roku. Olek Gleigewicht pojechał do Pragi, ale tam nie wiele się działo, nastąpił stan wojenny, został internowany. W lutym z podziemnych struktur studenckich powstała grupa, która postanowiła te kontakty podtrzymać, czy właściwie nawiązać na nowo. Pierwsze lata były trudne, ale baza została stworzona. Druga połowa lat 80. to coraz bardziej intensywne kontakty - na początku był to Wrocław, później dołączyła Warszawa ze Zbyszkiem Janasem. Wrocław utrzymywał kontakty z Pragą, a Warszawa z Brnem. Później doszły kolejne ośrodki - Opole, Bielsko, Cieszyn, a z drugiej strony Opava, Ostrva - sieć się stopniowo zagęszczała. Aż przyszedł rok 1989 roku i to co było powodem głównym - opór wobec komunizmu, zmieniło się w działanie legalne. 

Ale kontakty pozostały.

Organizacje również. Fundacja Solidarności Polsko-Czesko-Słowackiej  jest jedną z najstarszych istniejących w Polsce.

Nielegalne przekroczenie granicy w tamtych latach było zagrożone potężnymi karami. Mieliście tego świadomość?

Mieliśmy świadomość, że jeżeli trafią się sankcje, to Czesi są na nie dużo bardziej narażeni. U nas za to nie sadzano do więzień - u nich tak. Wiedzieliśmy, że musieliśmy tak to zorganizować, by do wpadek nie dochodziło. Czasem natykaliśmy się na akcje zupełnie inne - raz spotkaliśmy np. Pomarańczową Alternatywę w pobliżu miejsca, gdzie nasi kurierzy się przerzucali. To byli młodzi ludzi, ale byli też starsi, ci bardzo znani. Został powołany klubu przyjaciół, na wzór KOR-u. Zasługą Jacka Kuronia, który zebrał warszawską grupę, powołani zostali rzecznicy - by chronić tych nieznanych, których zaczęto łapać. Takie spotkania raz na rok organizowane były w lecie. Odbyły się 3 - wszystkie w Kotlinie Kłodzkiej. Przez lata, właściwie do końca, utrzymywaliśmy fikcję, że ta współpraca odbywała się w Karkonoszach, co miało zabawne skutki - w roku bodajże 1988 czeska bezpieka zrobiła dużą akcję w Karkonoszach, próbując nas wyłapać, oczywiście bez skutku. Akcja Sever, czyli północ, trwała miesiąc, uczestniczyło w niej kilkuset funkcjonariuszy.

Jakie znaczenie dla antykomunistycznej opozycji w Polsce miały kontakty z południowymi sąsiadami? Mieliście wrażenie, że tylko wspólnie możecie naruszyć system?

Sam początek wynikał z solidarności z bitymi. To był stan wojenny, w Czechach istnienie Solidarności  spowodowało masowe represje. W 82. opozycja była szczątkowa, my z nimi próbowaliśmy działać. To była świadomość, że interes jest wspólny, że więcej nas łączy niż dzieli. Od razu nie ograniczaliśmy się do kontaktu, ale też rozszerzaliśmy to na inne kraje, zaczęliśmy rozsuwać macki. Robiliśmy akcję solidarnościową ze Słoweńcami, Niemcami, Rumunami, Bułgarami, Węgrami - wymieniam grupy opozycyjne, które pokazały się na festiwalu w 1989 roku we Wrocławiu. To byli ludzie z 22 krajów, czyli sieć była szerokie, ale trzon stanowili Polacy, Czesi i Słowacy. 

Była współpraca o której pan mówi, a później różne drogi do wolności. Kto szybciej wyciągnął wnioski?

Pod wieloma względami chyba jednak Czesi. Pierwszy przykład - w już w grudniu przystąpili do negocjacji z Rosjanami o wycofaniu wojsk, u nas trwało to dużo dłużej. W gruncie rzeczy, mimo różnych wyobrażeń, o których można teraz opowiadać zabawnie, wszystkie te kraje postępowały równolegle, ale w kluczowych momentach - razem. Dzisiaj będzie film, w którym będzie tego jawny przykład. Powstanie Trójkąta, a później Czworokąta Wyszehradzkiego było przeciwko niepisanej umowie państw zachodnich, pewnym wypowiedzeniem posłuszeństwa przy bardzo silnych kontrnaciskach głównie Niemiec, ale i Francji oraz neutralności Amerykanów - i to przez nich była pacyfikacja blokady i oczywiście wszystkie dalsze kwestie typu rozwiązanie Układu Warszawskiego, RWPG, wyprowadzenie wojsk. Tu również były olbrzymie przeszkody.

Tym - przypomnę - zajmuje się pan jako dokumentalista.

Tak, to interesująca historia. Z naszej perspektywy roku 2017 roku to sytuacja niemal zapomniana, a mówimy o wydarzeniach po roku 1989 roku - kluczowych dla niepodległości Polski i tego, gdzie jesteśmy w tej chwili - w UE i NATO. A mogło się zdarzyć, że mielibyśmy Rosjan do tej pory - jak inne kraje.

Jako miłośnik kultury czeskiej i wszystkiego co czeskie - czy my się dobrze znamy z naszymi sąsiadami z południa?

Polacy mają poczucie, że za słabo, Czesi podobnie. Ale właściwie, jesteśmy drudzy po Słowakach, jeżeli chodzi o sympatię Czechów. Zawsze moglibyśmy się znać lepiej, ale czy jest jakiś inny kraj, do którego tak chętnie jedziemy?

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama