LOT **** Czy leci z nami Denzel?

Jan Pelczar | Utworzono: 2013-02-20 10:50 | Zmodyfikowano: 2014-05-01 00:12
A|A|A

Za wchodzący właśnie do naszych kin film Denzel Washington został zasłużenie nominowany do Oscara. Jego bohatera można przedstawić jako bohaterskiego pilota samolotów pasażerskich, który po godzinach intensywnie się znieczula, by zapomnieć o kryzysie w życiu prywatnym albo jako nie stroniącego od narkotyków alkoholika, któremu w zawodzie pilota udało się wyjść cało z największej powietrznej opresji. Zależy od nastawienia, bądź światopoglądu. Genialna aktorska intuicja Denzela Washingtona pozwala wybrnąć ze scenariuszowych turbulencji. Od początku do końca tworzy on wiarygodny portret, a w schematycznie zarysowanej postaci dopatruje się różnych subtelności. Trzyma się własnej dyscypliny i buduje wyrazistą osobowość Whipa Whitakera.

Główny bohater uratował wielu pasażerów, ale jeszcze więcej kłamstw musiał opowiedzieć, by po heroicznym lądowaniu nie spędzić reszty życia w więzieniu. Dzielnego pilota polski widz może, po znakomicie zrealizowanej, mrożącej krew w żyłach, sekwencji katastrofy, utożsamiać z kapitanem Wroną, ale do czasu. Różnica jest zasadnicza: od pierwszej sceny wiemy, że tuż przed wylotem przyszły bohater ostro imprezował, a już w kokpicie pobudził się jeszcze typowym dla alkoholików narzędziem, zwanym u nas „małpkami”. I to właśnie małe buteleczki z alkoholem będą kluczowym elementem filmowego śledztwa.

„Lot” Roberta Zemeckisa dzieli się wyraźnie na prolog z kulminacją w postaci katastrofy oraz rozwinięcie i zakończenie prowadzone wraz z trwającym śledztwem na dwóch planach. Ciekawszy jest ten dotyczący procedur, reakcji branży lotniczej i odpowiedzialności karnej. Ciężej strawić melodramatyczny i wpadający w proste schematy obraz zmagań alkoholika z uzależnieniem. Zawsze wiemy jak skończą się jego zmagania na widok kieliszka i butelek oraz rozumiemy podłoże uzależnienia. Na tym planie „Lot” powinien być uniwersalny i ciekawy – opowiada o niemożności dostosowania się do wymaganego wzorca, nieumiejętnym radzeniu sobie z presją społeczną i rodzinną. Na samolot i pilota działają przecież ciśnienia różnego pochodzenia, ale równie wielkiej wagi. A w tym duecie jest tylko jedna maszyna, co Zemeckis unaocznia miejscami zbyt sentymentalnie. Żadnych zarzutów nie mam do jego filmowego rzemiosła, a najwięcej pochwał należy się aktorom. Oprócz wspomnianego Denzela Washingtona w roli głównej, na drugim planie błyszczą: Don Cheadle w kreacji podobnej do serialowego występu w „House of Lies” oraz John Goodman w roli, która powinna spodobać się fanom „Breaking Bad”. Wydawało się, że to występ w „Operacji Argo” będzie dla Goodmana najważniejszym epizodem sezonu, ale w „Locie” błyszczy jeszcze mocniej.

Oglądając film Zemeckisa zastanawiałem się jak w Polsce, kraju głęboko dotkniętym i podzielonym katastrofą lotniczą, zostanie przyjęty film „Lot” o uzależnionym pilocie za sterami spadającego samolotu. Katastrofa na dużym ekranie najprawdopodobniej przejdzie bez echa, podobnie jak spojrzenie za kulisy pracy komisji do spraw badania wypadków lotniczych. Polskie media rozprawiają o filmach nie ze względu na to, co w nich naprawdę można poddać refleksji, ale hasłowo i powierzchownie, by mogli się wypowiedzieć także ci, którzy dyskutowanego obrazu nie widzieli. Niedawny „Wróg numer jeden” pokazywał placówkę amerykańskich agentów w Stoczni Gdańskiej. Premiera przypadła podczas kolejnej fali doniesień o tajnych więzieniach CIA w Polsce, ale i tak było cicho. „Lot” też nie doczeka się zapewne publicystycznego lądowania.

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama