W głowie się nie mieści ****** (RECENZJA)

Jan Pelczar | Utworzono: 2015-06-29 07:37 | Zmodyfikowano: 2015-06-29 07:44
A|A|A

kadr z filmu "W głowie się nie mieści"

Jak to ze strzałami w dziesiątkę bywa – pomysł na film jest genialny w swej prostocie. Bohaterami są uczucia, które sterują reakcjami Riley – jedenastoletniej dziewczynki. Mają swoje centrum dowodzenia, tam dostarczane są codziennie myśli i marzenia. Zdarzenia, nad którymi uczucia starają się trzymać kontrolę, przekształcane są we wspomnienia, magazynowane w pamięci długotrwałej. Na honorowym miejscu znajdują się fundamenty. Wraz z wyspami np. przyjaźni, rodziny i ulubionego przez Riley hokeja, budują jej osobowość.

Mój STRACH przed tym, że to zabrzmi zbyt banalnie każe mi napisać, że film zaczyna się jak „Beverly Hills 90210" od przeprowadzki rodziny z Minnesoty do Kalifornii. Zaraz potem GNIEW podpowiada, że to karkołomne porównanie i przypomina, że przecież w serialu było rodzeństwo, w dodatku starsze i bliźniacze. I przeprowadzili się nie do San Francisco jak w animacji, a do tytułowego miasta w metropolii Los Angeles. Ze SMUTKU szukam innego porównania i znajduję takie: „W głowie się nie mieści" to połączenie animowanego serialu „Było sobie życie", gdzie poznawaliśmy perypetie krwinek, komórek i innych elementów wnętrza człowieka z kręconym latami filmem „Boyhood", tyle że w wersji „Girlhood".

Z RADOŚCI, iż udało się użyć trudnych wyrazów, połączyć klasyczne tytuły z niedawnymi premierami, mogę dodać, że wnętrze mózgu jako świata przedstawionego wygląda jeszcze ciekawiej niż krainy z „Lego przygody", czy „Ralpha Demolki". A jest jeszcze film w filmie, czyli dosłowna wytwórnia snów. Dzięki pomysłom, które dorównują wyobraźni Andersena, czy braci Grimm, udało się upchnąć w nieco ponad półtoragodzinnej animacji zawartość co najmniej dwuletniego kursu psychologii. Wszystko ma tu ręce i nogi, nawet w fazie dekonstrukcji i rozpadu. Dorośli śmieją się ze sposobu ukazania podświadomości, a dzieci mogą traktować historię ratowania wspomnień jak animowane kino akcji. Przy okazji zadają pytania. Na moim seansie co chwile słyszałem z sąsiednich rzędów komentarze. Dziewczynka pytała rodziców na scenie z klaunem: „Dlaczego was to śmieszy"? Chłopiec chciał wiedzieć: „Dlaczego radość jest smutna"?

To się naprawdę w głowie nie mieści, poza tym, że polski dystrybutor trafił w dziesiątkę z tytułem, ale dawno nie widziałem filmu, który tak skutecznie zbliżałby ludzi, rodziny. To wręcz wzorzec kina familijnego. A z racji swojej uniwersalności ma ogromną szansę zaskarbić sobie niezwykłą popularność. Wejść do wychowawczego elementarza nie tylko obok „Króla Lwa" i „Shreka", ale tuż obok „Małego księcia", czy „Dzieci z Bullerbyn". Znów mamy szczęście do dobrego tłumaczenia i dubbingu – Kinga Preis jest smutniejsza niż Kłapouchy, a Michał Piela tak świetnie podłożył głos pod Bing Bonga, że do napisów końcowych byłem przekonany, że to mówi Jerzy Stuhr. Słonio-delfino-kot z wyobraźni Riley jest ważnym przewodnikiem, jak królik z „Alicji w krainie czarów". Radość wędruje z nim po zakamarkach wyobraźni jak Dorotka po krainie Oz. Oho, znów uciekam w porównania. Z ODRAZY, że to robię, przejdę od razu do podsumowania. „W głowie się nie mieści" można zestawiać z najważniejszymi baśniami, ale trzeba docenić oryginalność pomysłu.

Spójrzcie wyżej na słowa, które napisałem drukowanymi literami. To właśnie są uczucia – bohaterowie filmu Pete'a Doctera. Ich role są zdecydowanie bardziej złożone niż w przypadku serca i rozumu z pewnej serii reklamówek. A dlaczego widziane dawno temu filmiki nagle znów wpadają nam do głowy? Na to w najnowszej animacji też znajdziecie odpowiedź.

Pixar – wytwórnia, która dała nam „Toy Story" oraz „Potwory i spółkę" i wiele innych hitów, należy dziś do Disneya, ale zachowała swój charakter. Disnejowski, w pejoratywnym znaczeniu infantylnego i kiczowatego, okazał się jedynie krótki metraż „Lawa" wyświetlany przed właściwym filmem. Pokazywane na napisach końcowych „W głowie się nie mieści" centra dowodzenia bohaterów drugoplanowych i zwierząt domowych, z przeuroczym punktem widzenia kociego mózgu, mogą dać początek całemu zalewowi memów z fanowskimi wersjami. Przeróbki ze znanymi ludźmi zrobią większą furorę niż scena z filmu „Upadek" o Adolfie Hitlerze, przerabiana z upodobaniem przez polskich internautów jako komentarz do bieżących wydarzeń. Zresztą najlepsza recenzja „W głowie się nie mieści" to właśnie mem.

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
~Filmowiec
2015-06-30 16:08:01
z adresu IP: (31.61.xxx.xxx)
Ocena: -1
Całą Bajkę w głowie się nie mieści ==== ====
~34343
2015-06-30 16:06:13
z adresu IP: (31.61.xxx.xxx)
Ocena: 2
fsdfdfd
Reklama