Recenzje Iana Pelczara: CZERWONY PAJĄK ***

Jan Pelczar | Utworzono: 2015-11-27 08:55 | Zmodyfikowano: 2015-11-27 09:15
A|A|A

kadr z filmu "Czerwony pająk"

Gdyby „Czerwony pająk" był seryjnym mordercą, dałby się złapać po pierwszej ofierze. Tak oczywiste są ślady, które zostawia po sobie. Żałuję, bo bardzo liczyłem na fabularny debiut Marcina Koszałki. Spodziewałem się mrocznego kina, zostawiającego przestrzeń dla widza na interpretację. Z jednej strony po fincherowsku dusznego, z drugiej otwartego w duchu Villeneuve'a. Okazało się, że dopieszczona jest jedynie scenografia, którą wraz z kostiumami odpowiednio sfotografowano. Scenariusz pozostał banalnym moralitetem. To akt oskarżenia wobec rzeczywistości PRL i mechanizmów, które wtedy rządziły Polską. Poza zbieraniem materiału dowodowego w nieoczywisty sposób, nie wnosi nic nowego.

Pozornie prostsza, podstawowa, sensacyjna historia byłaby ciekawsza. W pierwszej części wydaje nam się, że twórcy opowiedzą historię fascynacji głównego bohatera seryjnym mordercą i odkrywania w sobie zdolności do złego. Filip Pławiak i Adam Woronowicz ciekawie się uzupełniają. Julia Kijowska wzbogaca momentami film o klimaty bliskie nawet „Idzie", a przynajmniej drugiemu planowi filmu Pawła Pawlikowskiego. Tam, gdzie oscarowa produkcja szła w kierunku niejednoznaczności, Koszałka skręca ku dosłowności. W sądzie byłoby to wskazane, w kinie może przeszkadzać. Jeśli zderzycie to z oczekiwaniami, które buduje udane otwarcie, robi się nieciekawie.

Po premierowym seansie na festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty szukałem młotka. Najbardziej zdenerwowało mnie pozostawienie współczesnych linii papilarnych na stylizacji z epoki. Oto PRL-owskie radio ogłasza komunikat o seryjnym mordercy z kryptonimem akcji i liczbą ofiar. Takie błędy, panie prokuratorze Koszałka? Wnoszę sprzeciw. Chyba, że to miał być jednak list miłosny. Trochę psychopatyczny, w którym nienawidzimy naszego obiektu uczuć, ale fetyszyzujemy wszystko, co się z nim kojarzy. Tylko po co wprowadzać wówczas postać graną przez Wojciecha Zielińskiego? Skąd potrzeba, by zamienić seans złożony z obrazów w słuchowisko oczywistych dialogów? „Czerwony pająk" pozostaje okazem do klasera. Filmową filatelistyką. Zamiast znaczeń jest znaczek.

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama