Strefa Południa: Wrocławianie na koncerty nie chodzą. Manfredi&Johnson

Krzysztof Majewski, Paweł Iwanina | Utworzono: 2016-04-11 19:55 | Zmodyfikowano: 2016-04-11 14:53
A|A|A

Sposobów na granie muzyki jest wiele. Niektórzy popadają w pułapkę nowoczesności i grają tak, by nikogo nie obrazić – płasko i bez wyrazu. Inni zaś samoistnie skazują się na łaskę bądź niełaskę publiki robiąc to, co kochają i na czym się doskonale znają. Manfredi&Johnson są tego przykładem.

Mimo że nie tutaj się urodzili, są związani z Wrocławiem. W tym mieście mieszkają, uczą się i pracują – jeszcze, bo zdecydować się na karierę muzyczną jest ciężko. Zwłaszcza tym, którzy nie oddają się remiksom nowoczesnych zapotrzebowań, tylko stają w roli popularyzatorów. To trudna i ciężka sztuka, ale satysfakcjonująca. Zwłaszcza, że – jak mówią muzycy - ludzie we Wrocławiu na koncerty nie chodzą. Tutaj dzieje się zbyt dużo.

Mały klub nad brzegiem Odry. Po dłuższej przerwie znów zagościli we Wrocławiu, stąd oczekiwania były dość duże. Atmosfera dość napięta, jak przed występem zagranicznego jazzmana – do przeniesienia się w czasie o pięćdziesiąt lat brakowało tylko smug dymu papierosowego.

Manfredi&Johnson, czyli Piotr Kozub i Mieszko Służewski muzyką zajmują się od wielu lat - jednym tchem wymieniają najważniejszych artystów, których poznali na jam session. Tam też szlifowali swój talent – wiedzą, jak grać i jak wprawić publikę w osłupienie. Współpracują od niedawna, prawie dwa lata. W tym fachu to jak mgnienie oka.

Mówi się o nich wiele dobrego. Słowa uznania uzupełniane mogą być licznymi wyróżnieniami i nagrodami na festiwalach. Z tymi pochwałami kontrastują sami muzycy, którzy do sławy się nie pchają i podchodzą do muzyki z szacunkiem. Na ich stronie skromnie – trzy zaprezentowane utwory, w tym pozytywnie nastrajający cover Nalepy „Nie mieć nic" ujawniający unikalne zdolności wokalne Kozuba. Przemawia raczej przez nich artystyczny czyn – grać więcej i coraz lepiej, zostawiać za sobą tylko udane cyfrowe ślady.

Pojawiają się na scenie. Pierwszy - koszula, trampki modnej firmy, trzyma w ręku gitarę, drugi – kaszkiet, ciężka kurtka, wetknięte za pas harmonijki. Zwiastuje to pewną myśl, która uderzyła mnie w połowie występu – to innowacja zetknięta z tradycją, tak zręcznie przeniesiona również na muzykę.

Niech świadczy o tym fakt, trzykrotnej obecności Roberta Johnsona. Gdybym jednak nie był zaznajomiony z tekstem, a pamiętał tylko melodię, miałbym problem z policzeniem. Przy „Sweet Home Chicago", popularnego za sprawą radosnego aranżu w filmie „Blues Brothers", publikę ostrzeżono, że: „to będzie zaskakujące". Zagrane powoli, w smaku klasycznego, wolnego bluesa było zdecydowanie udaną próbą złamania tradycji, którą, jak na złość, odczytać mogło niewielu. „Tak właśnie miało być. Przecież z tej piosenki smutek się wręcz wylewa". Przewrotność powinna być doceniona.

Jak sami mówią, mistrz gitary pojawił się wielokrotnie, „bo podobno grają bluesa". Sami do nazwy tego gatunku dodają określenie percussive, co z jednej strony oznacza uderzenie, z drugiej zaś – jest zabawnym akcentem, bo przecież grają bez instrumentów perkusyjnych. Percussive blues znaczy wiele i nic, bo rzecz rozbija się o to, by wstawić zespół w jakiekolwiek gatunkowe ramy. Styli w ich graniu bowiem jest wiele, wiele jest tam też rozmyślności w ich doborze. Słychać dobrze odbytą muzyczną edukację. W jednej chwili z delty rzeki Mississippi, czyli kolebki bluesowego świata, ze ślepymi muzykami i plantacjami bawełny przenoszą odbiorców na lśniące od neonów opustoszałe ulice Nowego Jorku – miasta, które nie śpi nigdy. To sztuka wyższego szczebla.

Zwraca uwagę dobór repertuaru – mimo że przeważały tutaj covery, do bycia epigonami brakuje im wiele. Tak wielka jest tutaj reinterpretacja, że wprawnego odbiorcę wprawia to w konsernację. Chociażby „Too old to die young" Brothera Dege, wspaniały twór południowych eksperymentów z muzyką, znany z „Django" Quentina Tarantino, brzmiał tak, że wpędzał w trans, co bez monotonnej perkusji jest rzeczą co najmniej trudną. Precyzyjna gitarowa artykulacja i harmonijka, która zaledwie tylko podszeptywała niezbędne dźwięki wykazywała się mocno posuniętą upojnością. Gdy po kilku minutach się skończyło, zapadła cisza. Wszyscy, w tym i ja, spragnieni dalej napływających dźwięków, zapomnieliśmy, co powinno się zrobić. I tym milczeniem cała sala wyrażała swój wewnętrzny gniew – tak dobrze, a tak krótko.

Spytałem naiwnie, dlaczego akurat Brother Dege. „Bo świetnie brzmi. Czy potrzeba czegoś więcej?". Wśród artystów dzisiejszej fali pokutuje bowiem dziwna tendencja sprzęgania tekstów i muzyki w jedną dziwaczną, metafizyczną całość, wszystko musi być „po coś" – tutaj z kolei na pierwszy plan wysuwa się brzmienie, w istocie świetne.

Brzmienie, które jest wartością nadrzędną tej muzyki, brzmienie, które nadaje atmosferę, brzmienie niesilące się na fałszywą innowacyjność, tylko zręcznie łączące tradycję z nowoczesnością. Manfredi&Johnson tchnęli w utwory południowych gigantów nowe życie, wykonując dwa zadania na raz: bycie popularyzatorami i dojrzałymi artystami. Nie oddają się zwykłemu bluesowemu naśladownictwu, nie chcą być drugim Claptonem, Son Housem czy Musselwhitem, to przemyślane brzmienie, które nęci wszystkich tak samo bez względu na sympatię do bluesa i gatunków jego pokroju. Dlatego też wieść o nadchodzącej wielkimi krokami płycie nastraja co najmniej pozytywnie.

Jeszcze wiele wody upłynie w Mississippi, zanim Manfredi&Johnson dotrą do świadomości słuchaczy w całej Polsce. Lubimy bowiem to, co znamy, a eksperymenty gatunkowe w większości przyjmowane są nie tyle niechętnie, co obojętnie. A szkoda, bo nikt nie gra jak oni. W tej muzyce nie ma przypadku, jest za to techniczny i zmyślny kunszt, jest stylowa gitara zrobiona z pudełka po cygarach, tzw. cigarbox, jest harmonijka, która brzmi zupełnie tak, jak brzmieć powinna – miejscami przypominając organy Hammonda, jest tutaj konsekwencja i co najważniejsze – szacunek dla tradycji i ukłon w stronę nowoczesności. Stawiam dolary przeciw orzechom, że ci dwaj jeszcze kiedyś zawalczą o sławę i uznanie ludzi spoza bluesowej niszy i będzie o nich głośno. A do słuchaczy apeluję – zróbmy na złość przepowiedni Manfrediego&Johnsona i uczęszczajmy na koncerty, bo takich, jak ten duet, nie ma zbyt wielu.

 

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama