Czy obecność w internecie pomaga politykom, czy raczej im szkodzi?

| Utworzono: 2008-12-30 10:45 | Zmodyfikowano: 2014-05-01 00:12
A|A|A

- A właściwie po co politykom jacyś internauci? Po co w ogóle jakieś polityczne tło? Oczywiście potrzebni są wyborcy (raz na 4 lata) i nie jest pewne, czy to są te same osoby, do których dziś mógłbym dotrzeć za pomocą Internetu - zastanawia się trochę przekornie prof. Jan Waszkiewicz, pierwszy marszałek województwa dolnośląskiego.

Lokalni politycy nie doceniają internautów. Strony ugrupowań są rzadko aktualizowane i mało na nich informacji na temat ugrupowania i jego działalności w tzw. terenie.

Zdaniem prof. Waszkiewicza brak zainteresowania internetem to jeden z ubocznych efektów systemu wyborczego w Polsce. - "Ordynację mamy, jaką mamy i to samo można powiedzieć o mechanizmach politycznych. Wybór zależy w pierwszej kolejności od tego czy i na jakiej liście znajdzie sie nazwisko, i na którym miejscu. I to nie internauci o tym decydują, ale wewnątrzpartyjne układy.

Ba. Nie jest nawet jasne, czy szersza popularność pomaga w politycznej karierze (owszem zadrza się), czy też przeszkadza (też sie zdarza, może i częściej). Kto z szerokiej publiczności słyszał przedtem o obecnych tuzach polityki (nazwisk nie bedę podawał)?

Czy obecność w Internecie w czymkolwiek by im pomogła? Wątpię. Niewiele też pomogła popularność Rokicie, Dornowi, Marcinkiewiczowi, Millerowi, Oleksemu. Obawiam się, że to nawet ona im zaszkodziła. A pokorne cielaki ssą ileś tam matek (może maci) i nikt ani nic im tego procederu nie zakłóca."

Dr Marzena Cichosz, politolog z Uniwersytetu Wrocławskiego: - "Rzeczywiście, polscy politycy zdają się nie przywiązywać zbyt dużej wagi do promocji i komunikowania się z wyborcami poprzez internet. Parę lat wcześniej wydawało się to zresztą zrozumiałe. Zbyt mało osób korzystalo z internetu. Użytkownicy to głównie ludzie młodzi, niegłosujacy czyli - dla polityków nieistotni. Nieistotny był więc też internet. Sytuacja jednak diametralnie się zmieniła - liczba internautów stale rośnie, zmieniła się też struktura wiekowa użytkowników tego medium.

Co więcej - ostatnia kampania wyborcza w Polsce w 2007 r. pokazała, że za pomocą internetu można prowadzić z sukcesem akcje mobilizujące wyborców. W dodatku siłami samych internautów na codzień niezwiązanych z partyjną polityką.

Wyborcy sami się zmobilizowali przeciwko polityce, której zaczęli się bać. Jeszcze większym "triumfem internetu" była kampania wyborcza Baracka Obamy 2007- 2008 w USA. Internet stał się nie tylko sposobem na informowanie wyborców, ale też ich mobilizowanie, aktywizowanie, wreszcie - zbieranie funduszy na kampanię kandydata.

Wywołanie "obamomanii" stało sie możliwe właśnie dzięki internetowi.

Polskich polityków, poza nielicznymi wyjątkami, te przykłady jednak nie przekonują. Mają swoje racje. Strony internetowe nie są aktualizowane, gdyż stosunkowo niewielu zainteresowanych te strony odwiedza. To fakt, ale ci nieliczni odwiedzający to akurat ci, którzy mogą wywołac "efekt echa" i poinformować o tym fakcie szersze grono. Strony nie są aktualizowane, gdyz politycy "nie mają czasu". To fakt, który z kolei mówi dużo o kondycji polskich partii politycznych - brak struktur, brak działaczy, brak zaplecza  kadrowego. I brak troski, by zaplecze to budować. A szkoda, gdyż na zwycięstwo wyborcze nie pracuje się tylko przez dwa miesiące "oficjalnej" kampanii wyborczej. "Brak czasu" może już niedługo kosztować utrate mandatu."

O tym, że "Internet naprawdę nie boli! - przekonuje też europoseł Ryszard Czarnecki, którego blog jest chyba najczęściej odwiedzanym "politycznym nośnikiem".

Czarnecki: - "Politycy w ogóle, w tym także politycy lokalni nie doceniają internetu. Nie uważam, żeby politycy na szczeblu centralnym wykorzystywali internet szczególnie lepiej niż lokalni. Przykłady podane w tekście - żółwia reakcja w wykorzystaniu swojej strony internetowej, brak aktualizacji, rozziew między rzeczywistością internetową a rzeczywistością - to stare grzechy wielu polityków i szeregu partii. Wszystko to dzieje się w czasie, gdy na drugiej Półkuli prezydentem USA został kandydat, który wyłącznie dzięki internetowi zebrał znacznie więcej pieniędzy na kampanię w prawyborach niż jego konkurent. Polscy politycy mogliby uczyć się od amerykańskich pod tym względem i to nie od tego roku, tylko od 2004, gdy w prawyborach w USA w Partii Demokratycznej prowadził długo Howard Dean, który jako pierwszy na większą skalę skorzystał z blogu i blogerów jako użytecznego narzędzia do wytłumaczenia obywatelom swoich racji.

Na koniec apel: dolnośląscy politycy - do internetu! Internet bowiem naprawdę nie boli. Słowo Czarneckiego!"

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama