Szybki gol, czerwona kartka i pierwsze zwycięstwo Śląska

PP/PAP | Utworzono: 2018-04-15 20:30 | Zmodyfikowano: 2018-04-15 20:30
A|A|A

fot. slaskwroclaw.pl

Spotkanie fantastycznie rozpoczęło się dla Śląska, który wyszedł na prowadzenie nim minęło nieco ponad 40 sekund. Prawą stroną przedarł się Jakub Kosecki, dograł w pole karne do Michała Chrapka, który nie trafił w piłkę, ale ta trafiła do nadbiegającego Mateusza Cholewiaka. Lewy obrońca gospodarzy huknął od razu z lewej nogi i Michał Gliwa był bez szans. Stopery pokazywały wtedy 41. sekundę meczu. Tym samym Cholewiak ma szansę zostać autorem najszybciej zdobytego gola w tym sezonie ekstraklasy.

W tym momencie wszystkie założenia taktyczne Sandecji legły w gruzach, bo nie mając już nic do stracenia została zmuszona do ataku. Goście starali się przejąć inicjatywę i momentami im się to udawało, ale gra toczyła się głównie w środkowej strefie. Było dużo walki, zaangażowania, ale brakowało dokładności.

Mimo to, Sandecja mogła doprowadzić do remisu. Groźnie na bramkę Jakuba Słowika, który rozgrywał setny mecz w ekstraklasie, strzelał Pawlo Ksionz, ale najlepszą okazję miał Damir Sovsic. Po prostopadłym podaniu i błędzie Igorsa Tarasovsa zawodnik gości znalazł się sam na sam z bramkarzem Śląska, lecz zamiast do siatki trafił w słupek.

Swoje okazje miał też Śląsk. Gliwę sprawdził m.in. Kamil Dankowski mocnym uderzeniem zza pola karnego, a także Jakub Kosecki po rajdzie niemal przez całe boisko.

Druga połowa mogła się zacząć, jak cały mecz, od gola dla Śląska. Po mądrym zagraniu bardzo aktywnego w niedzielę Koseckiego w idealnej sytuacji znalazł się Robert Pich. Słowak miał dużo czasu i miejsca, aby przymierzyć dokładnie, ale zamiast tego zdecydował się na szybki strzał i fatalnie przestrzelił.

W przeciwieństwie do pierwszej połowy, to Śląsk po przerwie miał optyczną przewagę. Wrocławianie utrzymywali się przy piłce, atakowali i brakowało tylko skutecznego wykończenia. Goście w tym czasie nie tylko nie potrafili wypracować sobie sytuacji bramkowej, ale nawet przedostać się w pobliże pola karnego gospodarzy.

Emocje zaczęły rosnąć się w ostatnich 20 minutach. Najpierw w polu karnym gości padł Michał Chrapek, ale po wideoweryfikacji sędzia nie dopatrzył się żadnego przewinienia piłkarza rywali. Pomocnik Śląska musiał jednak zejść z boiska, bo uraz okazał się poważny.

Kilka chwil później wrocławianie grali w dziesiątkę. Sito Riera wślizgiem zaatakował jednego z piłkarzy gości, arbiter odgwizdał przewinienie i pokazał żółtą kartkę zawodnikowi gospodarzy. Ponieważ było to drugie upomnienie, Hiszpan musiał udać się do szatni.

Od tego momentu role na boisku się odwróciły – Sandecja atakowała, a Śląsk się bronił i kradł sekundy. Pomysłem gości na doprowadzenie do remisu było jednak jedynie wstrzeliwanie piłki w pole karne gospodarzy. W ten sposób kilka razy mocno się zakotłowało w szesnastce Śląska, ale to było wszystko na co było stać przyjezdnych.

Wrocławianie dzięki pierwszej wygranej w roku 2018 awansowali na 11. miejsce w tabeli. Beniaminek z Nowego Sącza, który ostatni raz w lidze zwyciężył 17 września, jest natomiast coraz bliżej spadku do pierwszej ligi.

 

Śląsk Wrocław - Sandecja Nowy Sącz 1:0 (1:0)

Bramka: Mateusz Cholewiak (1).

Żółte kartki: Sito Riera, Jakub Kosecki (Śląsk) - Płamen Kraczunow, Maciej Małkowski, Grzegorz Baran (Sandecja).
Czerwona kartka za drugą żółtą: Sito Riera (72).

Śląsk Wrocław: Jakub Słowik - Kamil Dankowski, Piotr Celeban, Igors Tarasovs, Mateusz Cholewiak - Jakub Kosecki (90+1 Arkadiusz Piech), Augusto, Michał Chrapek (69 Kamil Vacek), Sito Riera, Robert Pich (88 Dragoljub Srnic) - Marcin Robak.

Sandecja Nowy Sącz: Michał Gliwa - Aleksandru Benga, Dawid Szufryn, Płamen Kraczunow (75 Maciej Małkowski) - Jakub Bartosz, Damir Sovsic, Bartłomiej Kasprzak, Wojciech Trochim (67 Mateusz Cetnarski), Pawlo Ksionz, Patrik Mraz (46 Tomasz Brzyski) - Aleksandyr Kolew.

Sędzia: Piotr Lasyk (Bytom).

Element Serwisów Informacyjnych PAP
REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama