Nowa płyta piękności z amerykańskiego Południa

Grzegorz Chojnowski | Utworzono: 2008-04-01 22:14 | Zmodyfikowano: 2014-05-01 00:12
A|A|A

Na swojej pierwszej płycie zatytułowanej "Salt", czyli "Sól", Lizz Wright zaśpiewała nawet wokalizę wziętą z nut Sergiusza Rachmaninowa. Płyta "Salt" zawędrowała daleko, bo na drugie miejsce amerykańskiej listy najlepszych albumów w kategorii jazz. Kolejna produkcja była więc wyzwaniem. I sukcesem; udało się zdobyć szczyt. Trzecie wydawnictwo 28-letniej dziewczyny z Georgii przynosi 12 piosenek, przy których Lizz współautorzyła lub wybrała z zestawu swoich ulubionych. Te trzy covery z najnowszego albumu "The Orchard" wymagały odważnej decyzji, bo umieścić obok siebie tak różne klimaty jak "Thank You" Led Zeppelin, "Strange" Patsy Cline i "I Idolize You" z repertuaru Ike'a i Tiny Turner zdarza się albo artystom wyjątkowo wszechstronnym, albo wyjątkowo bezmyślnym. Lizz poradziła sobie nieźle, dodając jeszcze countrowo-gospelowy standard Bernice Reagon, mamy Toshiego Reagona. Z nim Liz pisała ten album, i jego kompozytorski wpływ słychać tu zdecydowanie. To, że tak płynnie i intymnie muzyka z "The Orchard" wypełnia pokój jest zasługą ich trojga: Toshiego Reagona (koncertował z Lennym Kravitzem i Elvisem Costello), Craiga Streeta (przedtem dbał o brzmienie k.d. lang, Cassandry Wilson, The Manhattan Transfer i zawiódł Norę Jones do nagrody Grammy za "Come Away with Me"), no i rzecz jasna samej Lizz Wright, ambitnej wokalistki i autorki ciekawych tekstów.

Największym atutem "The Orchard" i Lizz Wright jest programowa ekletyczność, niezamykanie się w konkretnej muzycznej kategorii. Mimo że dotąd utożsamiano Lizz z jazzem, ona zawsze się trochę zżymała. Na nowej płycie wyraźnie chce się z tego kręgu wyrwać, dlatego tak otwarcie sięgnęła po rockowe, countrowe i bluesowe przeboje. No i wyśpiewała je tym swoim głęboko docierajacym i równocześnie subtelnym południowym głosem. Wspominam o południu, bo miejsce pochodzenia Miss Wright, Hahira w stanie Georgia, jest w zamierzeniu motywem przewodnim "The Orchard", co po angielsku znaczy "Sad". Oczywiście motyw sadu potraktowano tutaj metaforycznie, więc wieloznacznie. Tytułowy "The Orchard" to zarówno geograficzny punkt odniesienia, jak i zbiór przeróżnych tematów dotyczących nie tylko kobiecego życia. Będzie więc o rozstaniu, które wzmacnia, o zmianach, które są nam niezbędne, albo np. o tym, że czasem rozmowa z samą sobą to rozmowa lęku, nie ukojenia. Teksty Lizz Wright to przykład bezpretensjonalej twórczości o sprawach prostych, ale znaczących, przy czym bezpretensjonalność nie oznacza tylko zgrabnie skleconych strof do muzyki, lecz naprawdę udany mariaż słowa i dźwięku. Polskie piosenkarki powinny się uczyć od Amerykanki tej łatwej-niełatwej sztuki:

Your love is eternal , I never should have touched you
Broken words fill my mouth 'cause I never said goodbye
But what does it matter , who really cares
In this river of faces , in this new windy place
I will lose all your traces , I'll go and find another angel
("Another Angel").

Co ciekawe, przed wejściem do studia i żmudnym zwykle zajęciem nagrywania Lizz umówiła się z zespołem w klubie, by spróbować wszystkich piosenek w warunkach naturalnych. Tym bardziej pomysł miał sens, ponieważ album nagrywano w kilku różnych studiach. Oprócz bluesa, jazzu, country i elementów rocka słyszymy na "The Orchard" nuty flamenco czy bossa novy. Nie zapominajmy o impulsach ze strony soulu i gospel. Narobiła więc Lizz kłopotu krytykom poszukującym gatunkowego klucza do każdej płyty i każdego wykonawcy. Ale dobrze im i jej tak. Dzięki takiemu zabiegowi, może nawet sztuczce, słuchanie Wright się nie nudzi, czego nie można ostatnio powiedzieć o Cassandrze Wilson, na przykład, albo Dianie Krall. Gdybym miał kojarzyć "The Orchard" z twórczością kogoś innego, wymieniłbym Tracy Chapman i Alicię Keys, z mężczyzn Billa Whithersa. Wśród muzyków towarzyszących Lizz na tym albumie zauważyć trzeba Larry'ego Campbella, nadwornego gitarzystę koncertowego zespołu Boba Dylana. Jednym zdaniem? Zbiór niby różnych piosenek, z klasą zaplanowanych i wykonanych, ze wspólnym mianownikiem: Lizz Wright. Która w jednym z ostatnich wywiadów wyznała: "Nie byłam pewna, z czym tym razem się zmierzę. Po prostu pozwoliłam sobie na dzikość i spontaniczność". I dodała jeszcze: "Muzyka to dla mnie ciągle rodzaj wspólnoty. I rozmowa o tym, co to znaczy być człowiekiem".

............................................................

Lizz Wright "The Orchard", Verve, 2008

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama