OFF Festival 2019

Michał Kwiatkowski | Utworzono: 2019-08-24 07:00 | Zmodyfikowano: 2019-08-24 07:00
A|A|A

OFF 2019 (fot. OFF Festival)


Główna festiwalowa scena (Perlage) na dobre została zainaugurowana w piątkowe popołudnie, kiedy pojawił się na niej Pablopavo i Ludziki z Naprawdę Dużym Zespołem. W składzie tego ostatniego m.in. znany ze studia i koncertów Pablopavo, wspomagający go wokalnie Earl Jacob, znakomicie radząca sobie na saksofonie ale i w chórkach Lena Romul i duża niespodzianka – Paweł Szamburski, który klarnecistą jest nad wyraz sprawnym, a we Wrocławiu jakiś czas temu oglądaliśmy jego popisy w ramach Bastardy. Bardzo ciepła reakcja publiczności była nagrodą i wskazaniem, że muzycy nie tyle odegrali przygotowaną setlistę, co (jak zresztą mają w zwyczaju) pobawili się na scenie, a niezawodny Pablopavo przemycił nieco melancholii z doskonale sobie znanych warszawskiej blokowisk.


Początek sierpnia jak na polskie warunki pogodowe w tym roku był dość chłodny, co szczególnie dawało się we znaki późnymi wieczorami. Jednym z koncertów, który choć na kilka chwil potrafił rozgrzać publiczność był występ orkiestry dowodzonej przez Duranda Jonesa.


Z jednej mieliśmy więc kwartet białych muzyków specjalizujących się w repertuarze gospel, soul, r&b, i żeby była jasność: żaden z nich nie pretendował do miana wirtuoza. Wyróżnikiem grupy był natomiast Durand Jones. Głos lidera The Indications jest czysty, mocno zaokrąglony, pobrzmiewa w nim lekka chrypa, niestety szerokość jego skali nie powala. Jak zatem wyjść z takiej sytuacji obronną ręką?
Durand Jones & The Indications zaprezentowali numery ze swojej debiutanckiej płyty trzymając się albumowej konwencji, innymi słowy przyjemny groove sekcji rytmicznej kazał lekko tupać nogą i nic ponadto... I wtedy Durand Jones wpadł na pomysł, aby przedstawić poszczególnych muzyków, zostawiając każdemu instrumentaliście kilkanaście sekund na solowy popis - zrobiło się nieco żywiej. Najważniejsza jednak była jego wokalna sygnaturka, przepojona ognistym krzykiem, który szybko zaczął trawić całe ciało wokalisty, aż do momentu kiedy Jones nie mógł powstrzymać torsji i zaczął tarzać się po scenie, co przypominało finał tego koncertu Paula Janewya z St Paul and the Broken Bones. W obu wypadkach było to znakomite widowisko. 


Z Ostravy do Katowic przybył również Shabaka Hutchings. Muzyk, który swoje prawdziwe oblicze pokazuje nie tyle grając na żywo, co przede wszystkim grając nie w pomieszczeniu klubowym, a na świeżym powietrzu jak miało to miejsce na Scenie Leśnej katowickiego OFF Festivalu. Shabaka nie będąc skrępowany murami dął w saksofon jakby od tego zależało jego życie. I chociaż koncert odbywał się po zachodzie słońca, nie było zatem gorąco, po 20 minutach muzyk cały zlany potem musiał na chwilę zejść ze sceny by uporządkować swą garderobę.


Wbrew pozorom to nie on był głównym mistrzem ceremonii w The Comet is Coming, a obsługujący elektronikę Danalogue, który za sprawą syntezatorów, samplera i vocodera modelował rozwiązania poszczególnych kompozycji. Do wykreowanego w ten sposób podkładu dołączali perkusista i saksofonista – i były to trzy różne, ale brzmieniowo przenikające się płaszczyzny.
Jeśli chodzi o perkusistę, Betamaxa, przez większą część występu był dyskretny, aż do momentu kiedy pokusił się o solo wykonane na obręczach bębnów, pokazując tak technikę jak i dużą wyobraźnię. Zresztą współbrzmienie perkusji i saksofonu sprawiło, że kilkuset słuchaczy rozgrzewało się tańcem.


Czy warto było czekać na występy Jarvisa Cockera, Foals i Suede?


Późnym wieczorem grali też główni headlinerzy festiwalu. Foals za sprawą nie tylko Yannisa Philippakisa mieli w sobie masę energii, która (z wzajemnością) udzieliła się chyba największej widowni tegorocznego Off Festivalu.


Z kolei najlepszą konferansjerką popisał się Jarvis Cocker, co zresztą dość ciekawie wyglądało. Po lewej stronie sceny stała połyskująca zlotem harfa, a wokalista przed każdym utworem stawał na kolumnach odsłuchowych i wyciągał się jak struna, by przekomarzając się z publicznością górować nad wszystkimi (i wszystkim) na scenie.
W obu wypadkach blisko półtoragodzinne występy pełne były muzycznej adrenaliny i znakomitego rzemiosła.


Miano najbardziej zaangażowanego muzyka festiwalu bezsprzecznie należy jednak do Bretta Andersona. Lider Suede (ku uciesze przybyłej z Wielkiej Brytanii delegacji fan clubu grupy!) prowadził instruktaż śpiewu („Beautiful Ones”, „We Are the Pigs”), opowiadał o powstawaniu najnowszych piosenek („Life is Golden”), ale przede wszystkim imponował przygotowaniem fizycznym – w swoich skokach, padach, w końcu melodramatycznych gestach momentami był może aż nadto ekspresyjny, ale w końcu po raz pierwszy przywiózł Suede do Polski.
Inna sprawa, że reszta składu albo mocno skupiła się na graniu, albo na nieco zbyt usztywnionych nogach weszła na katowicką scenę, chowając swoje emocje. Tutaj po prawdzie nie pomagała też publiczność, która piosenki z pierwszej fazy działalności grupy nieco kojarzyła (odśpiewane chórki w/w piosenek), ale materiał z „Night Thoughts” czy z „The Blue Hour” miałem wrażenie, że niespecjalnie interesował kogoś poza stojącymi najbliżej sceny. Mimo wszystko, to był jeden z najlepszych koncertów festiwalu, a Brett Anderson obiecał, że jeszcze do nas wróci.


Natomiast bezsprzecznie numerem jeden okazał się występ potwora z Providence. W niedzielny wieczór Daughters zawładnęli Sceną Eksperymentalną. Słuchając bezkompromisowego biczowania sprezentowanego przez Alexisa Marshalla i resztę załogi, odnosiło się wrażenie, że Daughters to muzyka żywego oporu, muzyka pasująca do świata wykreowanego w umyśle H.P. Lovercrafta...


Daughters grali materiał ze swojej imiennie zatytułowanej płyty sprzed dekady jak i wydawnictwa, którym postanowili powrócić po 10-letniej przerwie. Nie można powiedzieć, że katowicki koncert Córeczek obfitował w tę hardcorową złość z czasów ich przynależności do stajni Hydra Head. Była za to mocna, ciemna paleta dźwięków do której przynależy teraz muzyka formacji. Nick Sadler swoimi gitarowymi zagrywkami dyktował straceńcze tempo koncertu, a Alexis Marshall kilkukrotnie korzystał z okazji do stage divingu, oddając całego siebie – jak i reszta zespołu – fanom. W Polsce zobaczyliśmy ich w ramach trasy promującej zeszłoroczny, skądinąd świetny album „You Won't Get What You Want”. I wbrew tytułowi wszyscy zgromadzeni musieli czuć się usatysfakcjonowani tym występem, najlepszym w ramach tegorocznej edycji OFF Festivalu.


Podsumowanie OFF Festivalu: Radio Wrocław/Radio Wrocław Kultura - poniedzialek/sobota 13.00 - 15.00


Pojawią się też artyści goszczący na OFFie, konkretnie Grzegorz Kwiatkowski, gitarzysta i wokalista Trupa Trupa, który o festiwalowych perypetiach swojego zespołu jak i szykowanej na wrzesień płycie „Of The Sun” będzie nam opowiadał.

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama