Serbia - Polska 2:2

| Utworzono: 2007-11-21 22:43 | Zmodyfikowano: 2014-05-01 00:12
A|A|A

Na zdjęciu zdobywca drugiej bramki Radosław Matusiak. fot.Janusz Wójtowicz ("Polska - Gazeta Wrocławska")

Decyzja o rozegraniu meczu zapadła wczoraj w godzinach południowych. Murawa stadionu w Belgradzie nadawała się może jednak bardziej do gry w rugby czy futbol amerykański, bo na szybką, dokładną i skuteczną grę piłką na pewno nie pozwalała.

A Leo Beenhakker znów zaskoczył. W wyjściowej jedenastce pojawili się m. in. Wawrzyniak i Rasiak a przed upływem 20 minut gry kontuzjowanego Kosowskiego zastąpił Zahorski. Mimo to Polacy dyktowali warunki gry i po trafieniu Murawskiego zasłużenie prowadzili 1:0.

Gdy na początku 2 połowy wprowadzony na plac gry Matusiak [podwyższył na 2:0 wydawało się, że jest po meczu.

A jednak stało się inaczej. Trudne warunki gry coraz bardziej dawały się Polakom we znaki, zabrakło kilku rutyniarzy, którzy potrafiliby zapanować nad sytuacją a Zigić i Lazovic pokonali Fabiańskiego.

Choć ostatnie minuty były nerwowe biało - czerwonym udało się utrzymać remis 2:2, który również przy remisie Portugalii z Finlandią dał Polakom 1 miejsce w grupie.

Remis spowodował jednak, że Polacy do turnieju finałowego losowani będą z ostatniego 4 koszyka. To oznacza, że naszymi rywalami nie będą na pewno Francja, Rosja i Turcja. I choć losowanie dopiero 2 grudnia, to grupą marzeń wydaje się zestaw z Austrią, Szwecją i Rumunią a grupą śmierci konfrontacje z Holandią, Włochami i Niemcami. Ale co mają powiedzieć Anglicy, którzy po porażce z Chorwacją turniej finałowy mistrzostw Europy będą oglądać, ale tylko z trybun, albo w telewizorach.

Decyzja Beenhakera o zagraniu niemal rezerwowym składem w meczu z Serbią była bardzo słuszna. Sprawdzenie szerokiego zaplecza kadry już się rozpoczęło a nagrodą dla najlepszych będzie miejsce w składzie reprezentacji. Takich spotkań będzie z pewnością jeszcze kilka.

No i jeszcze o kibicach. Najpierw - o tych prawdziwych. Na słynnej belgradzkiej Maracanie było ich więcej niż Serbów i okrzyk "Gramy u siebie - Polacy - gramy u siebie" był prawdziwy. Brawo!

Ale byli też tacy, którym wyjazd na mecz piłkarski pomylił się z wyprawą na ring boserski. Starcia chuliganów z policją i Serbami - dodajmy wyraźnie - przed meczem i poza stadionem - zakończyły się jednak szybko. Nie wiem czy takie sytuacje się nie powtórzą, ale wierzę, że tych ludzi na turnieju finałowym w Austrii i Szwajcarii zabraknie. Takich "fanów" - choć to zdecydowanie za duże słowo Polacy na pewno nie potrzebują.

 

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama