RWK: Bowie, wilk i motywacja (Posłuchaj)

Michał Kwiatkowski | Utworzono: 2016-01-09 12:00 | Zmodyfikowano: 2016-01-09 12:00

41 minut, siedem utworów. Siódemka i jej symbolika – porządek kompletny z jednej strony, ból z drugiej. Tytułowy utwór i odniesienia weń zawarte, przyprawiają fanów i krytyków o zawrót głowy i niemałe zatrzęsienie artykułów na ten temat. Ja proponuję jednak poddać się wrażeniom estetycznym, nie zaś ezoterycznym rozważaniom.

A to muzyka wielowątkowa, o bardzo bogatym planie i jedna z nielicznych płyt, które po umieszczeniu w odtwarzaczu, za każdym razem odkrywają przed słuchaczem coś nowego. Głos Bowiego, momentami nieco wpadający w teatralny zaśpiew, jest doskonale zrównoważony z jazzowo - elektronicznym podkładem, który nie jest bynajmniej zwykłą tapetą dźwiękową. Nie. Ta płyta mogłaby być wydana w wersji instrumentalnej i też byłaby świetna. Składają się na to dwa czynniki. Po pierwsze produkcja Tony'ego Viscontiego, który sprawił, że każdy dźwięk ma określoną rolę i moc, a bogata instrumentalna faktura nie przytłacza, jest selektywna, współgra z wokalizami. Po drugie, pojawiające się kilkukrotnie, dostojne choć pozbawione wszelkich ozdobników, partie saksofonisty Donny'ego McCaslina. Bowie miał wyciągnąć McCaslina z jednego z nowojorskich klubów i zaproponować mu współpracę. Z resztą, który to już raz artysta wykazał się niezwykłą intuicją jeśli chodzi o dobór współpracowników?

Artysta zawsze miał też szczęście, jeśli chodzi o wstrzelenie się w czas. W 1969 r. „Space Oddity” zbiegło się z lądowaniem człowieka na Księżycu (BBC wykorzystała utwór podczas transmisji z tego wydarzenia). W listopadzie minionego roku, zaledwie tydzień po zamachu w paryskim Le Bataclan, Bowie ujawnił „Blackstar”. Ten nieplanowany wcześniej zabieg, znakomicie współistniał z tym co wtedy działo się na świecie.

Prezent, który sam sobie zgotował na 69 urodziny, ma wyjątkowy bukiet i jest niezmiernie wytrawny. I choć degustuje się go z niekłamaną przyjemnością, to jednak wywołuje lekki niepokój.
Czy „Blackstar” to po paryska, profetyczna wizja fatum gatunku homo sapiens? Niech odpowie artysta: „I Can't Give Everything Away” - Nie mogę wszystkiego zdradzić”

Muzyki z albumu "Blackstar" możecie posłuchać codziennie w Radiu Wrocław Kultura.

Zespół Crippled Black Phoenix to muzyczny projekt dowodzony przez multiinstrumentalistę Justina Greavesa. Grupa, której nie grozi przekroczenie granicy muzycznego mainstreamu, choć lider specjalnie nie przejmuje się taką sytuacją. W końcu gra i komponuje przede wszystkim dla siebie. Zainteresowanie publiczności jest tylko, a może aż nagrodą za wytrwałość i konsekwencję. W końcu w Crippled Black Phoenix nie podążają za modą. Dlatego też, nigdy z niej nie wypadną, światła fleszy nagle nie zgasną. Każda wzmianka na temat zespołu jest tylko i wyłącznie potwierdzeniem siły oddziaływania ich muzyki.

Justina Greaves, który w grudniu wraz ze swoją formację odwiedził Polskę, spotkał się ze mną i  opowiedział m.in. o motywacyjnych zabiegach pewnego amerykańskiego kaskadera i The Jeffrey Lee Pierce Sessions Project czyli muzycznemu wspomnieniu poświęconemu niedocenianemu liderowi The Gun Club. Projektowi, w którym wzięli również udział Nick Cave, Debbie Harry i Mark Lanegan. A skąd na okładce „I, Vigiliante” wziął się wilk?

Nie pamiętam ani tytułu tego obrazu, ani jego twórcy. To było tak dawno... Jeszcze kiedy chodziłem do szkoły, wisiał tam niezwykły obraz. Wilk z tego obrazu mnie usidlił i po prostu musiałem zrobić kopię tego obrazu. Wyciąłem wilka, umieściłem następnie na białym tle i całość powiesiłem na ścianie swojego pokoju. Był tam przez lata a ja już wtedy wiedziałem, że kiedyś wykorzystam go jako okładkę albumu. Kiedy muzyka na "I, Vigiliante" była gotowa, naturalnym dla mnie było, co znajdzie się na okładce. Wilk pasował do przekazu płyty, ale najważniejsze było to spojrzenie.

ROZMOWA Z JUSTINEM GREAVESEM I BELINDĄ KORDIC W DZISIEJSZEJ AUDYCJI NIE BYŁO GRANE

W najbliższej audycji Nie Było Grane oprócz nowej płyty Davida Bowiego, pojawi się również osoba Stephena O'Malley, z którym Justin Greaves niegdyś współpracował. A skoro O'Malley to „Kannon” czyli grudniowy album Sunn O))). Od 16 do 20 sprawdzimy też ostatnie dokonanie Dana Auerbacha w roli producenta oraz kilka muzycznych smaczków z „Nienawistnej ósemki” Quentina Tarrantino.

 


Komentarze (0)
Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.