Jane Weaver - wywiad

Michał Kwiatkowski | Utworzono: 2018-08-30 16:00 | Zmodyfikowano: 2018-08-30 16:00
A|A|A

fot. Jane Weaver Official


Finał Waszego koncertu był jednym z bardziej spektakularnych jakie kiedykolwiek widziałem...

Wysiadły korki. Na szczęście stało się to w momencie, kiedy do zaśpiewania pozostała mi ostatnia linijka tekstu, a zespół miał do zagrania tylko kilka partii.
Z drugiej strony, to będzie coś, o czym ludzie będą pamiętać i co będzie przedmiotem dyskusji.
Publiczność nie wydawała się tym zrażona, wspierała nas. To było bardzo sympatyczne.

Spotykamy się w trakcie Colours of Ostrava, ale kilka tygodni temu przyjechałaś do Polski. Jak wspominasz tegoroczny Halfway Festival?

Było wspaniale, tym bardziej, że jeszcze nigdy nie wystąpiliśmy w Polsce. Zagraliśmy w białostockim amfiteatrze, a kiedy nasz koncert dobiegał końca, wszyscy podnieśli się ze swoich miejsc i zaczęli tańczyć. To było bardzo przyjemne przeżycie.
Halfway to kameralny festiwal, podobnie jak scena, na której dziś zagramy [Full Moon Stage]. Byłam już kilkukrotnie w Czechach, występowałam w Pradze, znam i lubię tutejszą publiczność.


Czy nie będzie nadużyciem jeśli powiem, że Twoja kariera rozpoczęła się od osoby Johna Peela?

Kiedy byłam nastolatką słuchałam jego audycji. Był DJ'em prezentującym alternatywę w stosunku do tego, co było grane przez największe angielskie rozgłośnie. Był jak dzisiejsze BBC, choć grał dużo bardziej niezależną muzykę. Niestety nie ma go już z nami, ale pozostała jego spuścizna. Wiele zespołów przewinęło się przez sesje, które organizował, stając się później znanymi i rozpoznawalnymi grupami.

Kill Laura też gościła podczas sesji?

Tak. Uczestniczyliśmy w Peel Sessions, nasze nagrania pojawiły się również w jego programie. Kill Laura było moim pierwszym zespołem, miałam wtedy 19-20 lat. Wypuściliśmy singla i nagle usłyszeliśmy naszą piosenkę w programie Johna Peela – to było coś zachwycającego!

Debiutancki album Kill Laura jak i Twoją debiutancką produkcję spotkał podobny los – zamiast na sklepowej półce wylądowały w archiwum wytwórni...

Na początku lat 1990 wytwórnie płytowe podpisywały kontrakty z wieloma młodymi zespołami, ale tylko niektórym z nich udało się nagrać, a następnie wydać płytę.
Mieliśmy już nagrany materiał, czekaliśmy na wydanie pierwszego albumu w Polydor Records, ale wtedy zwolniono naszego opiekuna artystycznego. A to oznaczało, że jako początkujący zespół nie mieliśmy szans na znalezienie w wytwórni kogoś, komu zależałoby na wydaniu naszej debiutanckiej płyty. Nie mieliśmy też pieniędzy aby wykupić nasz materiał.
Niestety, to co działo się w latach 1990 wciąż ma miejsce. Przez kilka miesięcy podporządkowujesz wszystko nagraniu płyty, a potem ktoś jednym podpisem to utrąca. Biurokratyczny nonsens. To bardzo frustrujące.


Recenzje „The Silver Globe” i „Modern Kosmology”, które na przestrzeni ostatnich lat pojawiły się w angielskiej i amerykańskiej prasie muzycznej, nie pozostawiają wątpliwości: Twoja muzyka to współczesna wersja psychodelii. Podczas dzisiejszego koncertu słyszałem i Moon Duo i Arthura Browna, tego z okresu Kingdome Come. Jak Ty scharakteryzowałabyś swoją twórczość?

Jestem dzieckiem lat 1970. Dorastałam słuchając nagrań krążących wokół moich znajomych, ciężkiego rocka i wspomnianej psychodelii. Kiedy rozpoczęłam samodzielne poszukiwania, moja uwaga skupiła się na muzyce elektronicznej i królujących w latach 1980 syntezatorach.

Japan, David Sylvian?

Tak, dokładnie tak. To we mnie wzrastało. Myślę, że moja muzyka to odbicie tych pierwszych, a zarazem najsilniejszych fascynacji. One wciąż we mnie tkwią i chcę je odtworzyć. To psychodelia, ale i pop. Wciąż uwielbiam pop.

Twój mąż Andy [Votel] prowadzi wytwórnię [Finders Keepers Records], która zajmuje się wyszukiwaniem, a następnie wydawaniem zapomnianych ścieżek dźwiękowych. Idąc tym tropem odnajdujemy „Na srebrnym globie” Andrzeja Żuławskiego. Tytuł dziwnie zbliżony do Twojego „The Silver Globe”?

Rzeczywiście film mnie zainspirował, ale wszystko zaczęło się od ścieżki dźwiękowej. Kiedy Andy zaczął przysłuchiwać się muzyce, a jednocześnie poznawać dzieło Żuławskiego, byłam w połowie pracy nad płytą. Zaczęłam oglądać „Na Srebrnym Globie” i dotarło do mnie, że to najdziwniejszy obraz jaki w życiu widziałam. Towarzyszące mu złe fatum i wylewająca się z ekranu dystopia dodatkowo potęgowały to wrażenie. Przez kolejne dni dużo o nim myślałam, w końcu zainspirował mnie by skończyć płytę, wypełnić ją piosenkami i muzyką opowiadającą o przyszłości.


Nie zatytułowałaś płyty „Cosmology”, a fonetycznie, „Kosmology”. Dlaczego?

Po pierwsze dlatego, że „k” odnosi się do krautrocka. Poza tym chodziło o stworzenie definicji naszej prywatnej kosmologii. „Modern Kosmology” oznacza dogłębne poznanie siebie, dotarcie a następnie użycie wewnętrznej energii, dla naszego jak i innych dobra. To takie moje małe skrzywienie... Poza tym „k” na okładce prezentuje się lepiej niż „c”.

Wspomniałaś krautrock. Nie mogę więc nie zapytać o Malcolma Mooney, którego słyszymy w „Ravenspoint”.

Malcolm od wielu lat jest przyjacielem naszej rodziny. Poznałam go kiedy wraz z Andym pracował nad jednym z projektów dla Finders Keepers Records. Na jakiś czas zamieszkał u nas i od tego momentu jesteśmy w kontakcie.
Kiedy napisałam tę piosenkę, stwierdziłam, że brakuje w niej narratora, mężczyzny. Pomyślałam o Malcolmie, a że akurat wybierał się do Anglii na festiwal – wszystko świetnie się złożyło.
W domu przyjaciela udało mi się zaaranżować odpowiednią przestrzeń i w kilka godzin dokonaliśmy nagrań. Podsunęłam Malcolmowi jego kwestię, a on dopytywał. - Co to w ogóle jest? - Jeszcze nie
wiem, po prostu to powiedz. - Ale co to znaczy? - Jeszce nie wiem, po prostu to powiedz...
Dobrze się bawiliśmy, a dziś jest zadowolony z efektu naszej współpracy.

Krautrock. Can, Birth Control, Faust i cała reszta. Lubisz ten gatunek muzyki?

Zdecydowanie! Ostatnio słuchałam koncertowej płyty Harmonii, zespołu Michaela Rothera. To cała masa świetnej muzyki do eksplorowania, uwielbiam ją w każdym jej przejawie. Zresztą stąd całkiem niedaleko do industrialu... Faust i „IV” album to przecież muzyka, w której znajdziemy też elementy popu.

W jednym z Twoich wywiadów przeczytałem, że Aquaturbia czy Curved Air są Ci znajome. To zespoły, które w latach 1970 nie cieszyły się popularnością, tym bardziej dzisiaj. W takim razie zapytam Cię o inny mało znany i mało grany skład: słyszałaś kiedyś Arzachel?

Nie, nie wydaje mi się. Ale może mamy ich płytę, mój mąż jest zapalonym kolekcjonerem. Mamy całą masę płyt, a ja nie przesłuchałam ich wszystkich.
Ostatnio dzięki Discogs odkryłam pewien synthpopowy zespół, grający w Japonii w latach 1980. Kiedy płyta dotarła, ucieszona pochwaliłam się Andy'emu, na co on wskazał mi pobliską szafkę mówiąc, że już ją ma w swojej kolekcji i jak gdyby nigdy nic wyciągnął ją z szelmowskim uśmiechem. To było okropne. Myślałam, że trafiłam na coś wyjątkowego, a on już to miał. A skoro tak, to pewnie i ta płyta jest w naszym domu.


Wywiadu można było posłuchać w audycji Nie Było Grane, emitowanym w Radio Wrocław Kultura, w środy od 21.00 do 23.00 !


Pewnego dnia postanowiłaś zostać nową Kate Bush?

Miałam 5 lat kiedy zobaczyłam ją w Top of the Pops. Już wtedy wiedziałam, że chcę robić to co ona. Dlaczego? To jak wyglądała, jak śpiewała było zniewalające.
Jej pierwszy album wciąż jest moim ulubionym. Jako 5-latka w prezencie na gwiazdkę dostałam kasetę „Kick Inside” i wciąż kocham tę płytę. To bardzo progresywny materiał, zagrany przez doskonałych muzyków zatrudnionych przez EMI. W końcu Kate i jej piosenki, które napisała jeszcze jako nastolatka. Niesamowite!
Kiedy mam z czymś problem i zadaję sobie pytanie. - Jaki jest sens wykonywania tych wszystkich męczących czynności? - po chwili sama sobie odpowiadam. – Bo lubię Kate Bush.
Wystarczy wrócić do punktu, w którym postanowiliśmy coś robić, czemuś bez reszty się poświęcić, a następnie przypomnieć sobie początkowe postanowienie i wszystko wraca do normy


Masz na sobie piękną suknię. Jej faktura i wzory przypominają mi okładkę „Modern Kosmology”, płyty nierozerwalnie związanej z postacią Hilmy Af Klint. Opowiedz proszę o tym jak odkryłaś tę artystkę?

Wpadłam na jej trop już w trakcie pracy nad „Modern Kosmology”. To był moment kiedy utknęłam, nie wiedząc, w którą stronę ruszyć. Postanowiłam odwiedzić jedną z galerii w Liverpoolu, konkretnie Tate, gdzie odbywała się wystawa podejmująca temat feministek i ich roli w kształtowaniu awangardy. Bardzo ciekawa ekspozycja, na której prezentowano prace z Anglii i Stanów, zwłaszcza z lat 1970 XX w.
Kiedy wróciłam do domu i jeszcze raz przyjrzałam się tym artystkom, odkryłam nazwisko Hilmy Af Klint, o której nigdy wcześniej nie słyszałam.
Pochodziła ze Szwecji i działała na przełomie XIX i XX w. Tworzyła w oparciu o technikę pisma, a właściwie rysunku automatycznego, kanalizując w nim całą swoją wewnętrzną energię. Przewodziła też grupie „De Fem”, 5-ciu kobietom symultanicznie malującym w transie. Jej historia jest fascynującą, koniecznie musisz ją sprawdzić!
W jej pracach dominują kształty geometryczne, dużo symboliki. W swoim testamencie zastrzegła, że mogą być one pokazane najwcześniej 40 lat po jej śmierci. Bliscy na szczęście odkryli jej dzieła i teraz możemy się z nimi zapoznać w Szwecji i w kilku innych miejscach na świecie. To ona zapoczątkowała abstrakcjonizm, mimo to wciąż pozostaje nieznana.
Skontaktowałam się z Towarzystwem Hilmy Af Klimt, prowadzącym fundację jej imienia. Muszę im wysłać moją płytę, w końcu zainspirowana została nie tylko jej sztuką, ale i historią jej życia. Myślę, że ludzie powinni się o niej dowiedzieć. Jest niedoceniana, a powinna być. Tak jak Frida Kahlo. Powinna zająć należne jej miejsce.


JANE WEAVER - wywiad


Pozostając w temacie sztuki, zdaje się, że chciałaś ją studiować w Brighton?

Miałam za sobą takie zajęcia w szkole średniej i zamierzałam studiować sztuki piękne na Uniwersytecie w Brighton. Wtedy spadł mi z nieba kontrakt płytowy i rzuciłam uczelnię. Nauczyciele, przyjaciele nalegali abym nie rezygnowała, tłumacząc, że wykształcenie jest najważniejsze, ale wybrałam muzykę.

Na Twoim profilu w serwisie Bandcamp pojawił się nowy singiel. To zapowiedź większej całości?

The Lightning Back” to ostatni singel. W październiku i listopadzie mam w planach solową trasę po Wielkiej Brytanii. Bez zespołu, tylko ja, DJ i jego winyle. Co wieczór dużo muzyki powstającej na żywo, na przecięciu dronów i elektroniki. Chciałabym udokumentować ten proces na płycie, która powstanie już po zakończeniu trasy.
Teraz też się nie nudzę. Tworzę już materiał na nowy, studyjny album. To prawda, jestem dość zajęta, ale lubię to, nie mogę się skarżyć.

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Informujemy, ze wydarzenia zaplanowane w Sali Koncertowej Radia Wrocław do końca kwietnia 2020 r. nie odbędą się. O zmianach terminów będziemy Państwa informować na bieżąco.
Reklama