Umierające maluchy. Tak być nie musi

| Utworzono: 2014-01-27 09:58 | Zmodyfikowano: 2014-05-01 00:12
A|A|A

fot. archiwum prw.pl

No i usłyszałam. Chodziło o śmierć trzylatka w Poznaniu. Jak opowiadali jego rodzice, w piątek rano  zauważyli, że mały jest osłabiony. Zanieśli go do szpitala, nie otrzymali pomocy.  Lekarz rodzinny, do którego poszli ze szpitala, po zbadaniu dziecka odesłał je do domu. Tam chłopiec po kilku godzinach zmarł. Słuchacz był naprawdę wstrząśnięty, jak pewnie wielu rodziców, którzy po takich wiadomościach patrzą na swoje dziecko i zastanawiają się czy będę w stanie je uratować, gdy nagle zachoruje. Ta nasza rozmowa trwała kilka minut i jedyne co mogliśmy zrobić, to zgodzić się, że nie ma nic straszniejszego. - Nie chcę sobie nawet wyobrażać, co czują rodzice w obliczu takiej straty - pomyślałam.

Pierwszy raz ze śmiercią malutkiego dziecka spotkałam się, gdy sama miałam 4-5 lat. Sąsiadom urodziła się dziewczynka, zmarła w ciągu kilku dni. Wtedy nie rozumiałam dlaczego tak się stało, dziś teoretycznie wiem  więcej, ale czuję się bezradna wobec takich tragedii niczym tamta kilkulatka.  W tamtych czasach ponad dwadzieścioro na tysiąc urodzonych dzieci nie dożywało pierwszego roku życia. Najwięcej odchodziło i do dziś odchodzi w pierwszym tygodniu, niemal zaraz po urodzeniu.  Teraz jest lepiej, dane z 2012 roku dowodzą pozytywnych zmian. Choć, jak porównamy śmiertelność na poziomie 4,6 promila w Polsce z niecałymi trzema promilami w krajach skandynawskich, to za liczbami możemy zobaczyć ludzi, którzy nie mieli dość szczęścia, aby urodzić się w pod lepszą szerokością geograficzną.

Nie miała też szczęścia pewna mała dziewczynka, którą pamiętam ze szkoły podstawowej. Zmarła, bo jej rodzice, pijani, nie zauważyli, że kaszle. A może zauważyli, ale nie uznali, że to dość ważne aby zareagować. Tak, bo nie tylko lekarze zawodzą. Znam pediatrę, która przeszła na emeryturę tak szybko jak się dało, bo nie była w stanie znieść niefrasobliwości niektórych rodziców traktujących z dużą dowolnością zalecenia lekarza co do kuracji ich dziecka. Ile dzieci dziś traci życie, bo rodzice ich nie chcą, albo nie dorośli do tego, aby opiekować się własnym potomstwem. W porę zaprowadzić do lekarza, albo usunąć z zasięgu małych łapek potencjalną truciznę. Według danych GUS urazy i zatrucia to główne przyczyny śmierci w grupie 1-19 lat. Można tak dowolnie zestawiać liczby i grupy wiekowe i zagrożenia i zastanawiać się, kto jest bardziej winny.

Można uznać, że naprawdę wszystkiego nie da się przewidzieć, że wypadki się zdarzają, a choroba czasami  przebiega w takim tempie i z taką siłą i zjadliwością, że mimo walki nie da się uratować życia. Dziś ma zostać przeprowadzona sekcja zwłok trzylatka z Poznania. Prokurator bada sprawę.  Może się okazać, że walka o jego życie była skazana od początku na przegraną. Tylko sęk w tym, że w tym konkretnym przypadku żadnej walki nie było. Czego zabrakło przedstawicielom służby zdrowi, do których trafili rodzice z ciężko chorym maluchem? To problem jednostek, czy systemu? Na koniec jeszcze jedno zestawienie: w grupie dzieci do lat pięciu w Polsce umiera sześcioro na 1000 urodzonych, w Słowenii - śmiertelność wynosi 2,8 promila. To nie jest tylko sprawa dofinansowania i organizacji służby zdrowia.

Chciałabym, aby politycy, zamiast przerzucać się barwnymi inwektywami w czasie dyskusji nad pracą ministra zdrowia, raczej zastanowili się, jak pchnąć nas na inną orbitę cywilizacyjną, gdzie żyją dzieci chciane, kochane, otoczono opieką rodziców i państwa. Umierające przedwcześnie maluchy to ponury dowód obnażający słabości służby zdrowia, ale też całego państwa, pokazujący, że jesteśmy krajem z niskim poziomem edukacji, źle zorganizowanym, gdzie z publicznej debaty i planów rządzących ucieka to co ważne, a politycy z imponującym zaangażowaniem przez długie tygodnie potrafią dyskutować o zagrożeniach wynikających z przebieranek przedszkolaków.

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama