26 lat temu wybraliśmy wolność (ZDJĘCIA)

Tomasz Sikora | Utworzono: 2015-06-03 17:44 | Zmodyfikowano: 2015-06-03 17:55
A|A|A

zdjęcie z wystawy "Droga do wolności"/copyright: Ośrodek Pamięć i Przyszłość

Dzisiaj rocznica pierwszych częściowo wolnych wyborów w powojennej Polsce. Pytaliśmy o tamten czas i zmiany, które przeszedł Wrocław przez ostatnie 26 lat. Zadawaliśmy właściwie jedno pytanie: gdyby miał Pan/Pani wskazać jedno miejsce we Wrocławiu, które we wspomnieniach wiąże się z 1989 rokiem, to byłoby to...I uruchomiała się fala wspomnień.

Jednym rosły skrzydła, innym trzęsły się portki

Profesor Jan Miodek wspomina spotkania przedwyborcze na górce na osiedlu Różanka, gdy spontanicznie zbierali się ludzie - pełni nadziei i entuzjazmu, zadziwieni możliwością na zmiany w kraju ogarniętym marazmem.

Inny profesor Wojciech Kunicki - dziś germanista, a wtedy doktor szykujący się na stypendium zagraniczne, które miało przyspieszyć jego karierę, rzutem na taśmę został wciągnięty w wir wydarzeń i stał się mężem zaufania Solidarności. Nie żeby był jakimś istotnym opozycjonistą - ot po prostu, „gdy wieje wiatr historii/ ludziom jak pięknym ptakom/ rosną skrzydła, natomiast/ trzęsą się portki pętakom”. Profesorowi urosły skrzydła - ryzykując kłopoty zawodowe i utratę stypendium, poszedł do Solidarności i powiedział: „chcę pomóc!”. Został członkiem komisji. A potem, drżącymi rękoma, liczył głosy, bo na szkoleniu na placu Czerwonym ostrzegali: „nie istotne, kto głosuje, ważne, kto liczy głosy”. Dziś z satysfakcją wspomina: - Z każdym kolejnym głosem, każdym kolejnym krzyżykiem, rosło poczucie zwycięstwa, a na polu pokonanych został w moim okręgu na przykład profesor Kaleta. Zacny człowiek skądinąd, ale partyjny.

Z kolei słuchacz Radia Wrocław, Piotr Ejsmont, relacjonuje, że będąc członkiem komisji nakazał nawet innym liczącym, by podwinęli rękawy. Chciał mieć pewność, że nikt nie trzyma długopisu, którym mógłby dopisywać krzyżyki. Strach bywał więc przesadnie irracjonalny. Ale na końcu pojawiła się już tylko satysfakcja, bo krzyżyki stały wyłącznie na listach Solidarności.

Celebryci na listach PZPR

Trzeba przyznać, że dolnośląska PZPR inteligentnie podeszła do wyborów. Na swoje listy zaprosiła nie politycznych kacyków i pezetpeerowski beton, ale, jak powiedzielibyśmy dziś, celebrytów. Na liście do Senatu znaleźli się m.in. popularny dzięki prowadzonym od 1971 roku programom telewizyjnym „Z Kamerą wśród zwierząt” Antoni Gucwiński, wspomniany profesor Józef Kaleta, naukowa osobowość Wrocławia, „zacny człowiek”, wieloletni rektor Uniwersytetu Ekonomicznego, w latach 80. jeden z przewodniczących Rady Narodowej Wrocławia.

Kto ich, a kto swój?

Ale byli też kandydaci bezpartyjni - jak choćby twórca Pomarańczowej Alternatywy Waldemar Fydrych. Co ciekawe, jego nazwisko było zapisane w oficjalnych materiałach wyborczych z błędem, jako „Frydrych”. Może to było powodem bardzo niskiego poparcia. Właściwie dziś nie trzeba znać nazwisk ówczesnych kandydatów Solidarności we Wrocławiu. Wystarczy popatrzeć na miażdżące poparcie i już wiadomo, kto był „swój”, a kto „ich”.

Na liście kandydatów do Senatu znaleźć można było choćby Zdzisława Smektałę, wówczas szalenie popularnego wrocławskiego dziennikarza. Jak dziś wspomina: - Startowałem jako kandydat niezależny popierany przez Polskie Stowarzyszenie Jazzowe. Zająłem w tej konkurencji 5. miejsce po wybrańcach popieranych przez Solidarność i PZPR. Czyli byłem pierwszy wśród niezależnych pozostawiając daleko za sobą Korwina i Majora Fydrycha.

Jak konkluduje Smektała: - Dzisiaj uważam, że niepotrzebnie te 26 lat temu pchałem palec między drzwi. Ale po trzydziestce świat był jeszcze bytem do zawładnięcia, do złapania za rogi.

Punkty informacyjne
Punkty informacyjne
Solidarności
Dziś mamy ciszę wyborczą, wtedy jej nie było. 4. czerwca przed komisjami stały punkty informacyjne Solidarności, gdzie uczono jak głosować, jak właściwie skreślać „naszych” kandydatów. Mira Żelechower-Aleksiun, wrocławska malarka opowiada: -Punkt wyborczy był obok mojego mieszkania, w stołówce Politechniki. Wzięłam z mężem stolik turystyczny, dwa krzesełka i usiedliśmy pod komisją. Nikogo właściwie nie instruowaliśmy, wszyscy wiedzieli, co i jak. Za to po wyjściu z lokalu lecieli do nas i aż buzując entuzjazmem, krzyczeli: <ale czerwonym pokażemy>, <ale dostaną>, <a tu im się zgina dziób pingwina>. I cały dzień, do północy stał ten nasz stolik, podbiegali ci obcy ludzie, rozpolitykowani, z nadziejami i obawami, z pytaniami, a co będzie dalej. Nidy wcześniej i nigdy później nie czułam takiej społecznej jedności, jak przy tym turystycznym stoliku. Wtedy, 4. czerwca, skończył się w Polsce komunizm

Jak wspomina profesor Ludwik Turko ułożono nawet mnemotechniczne zdanie ułatwiające zapamiętanie - kto „nasz” a kto „ich”. „Piszel, Gawlik, Lech, Labuda/ Modzelewski no i Duda!” Tego zdania wrocławianie uczyli się na pamięć i mrucząc pod nosem szli głosować, szukając nazwisk na kartach wyborczych. Jeden z wymienianych tu kandydatów - późniejszy senator z ramienia Solidarności - matematyk, profesor Roman Duda wspomina, że świetnym zagraniem kampanijnym był spontaniczny pomysł Andrzeja Wajdy: - Przed wyborami wszyscy solidarnościowi kandydaci na posłów i senatorów pojechali na spotkanie z Lechem Wałęsą. Wałęsa nie wszystkich znał, więc mu delikwenta i kandydata zarazem przedstawiano. Widząc to, Andrzej Wajda rzucił: „Lechu, gdy podajesz im rękę, będziemy robić zdjęcie”. Potem te zdjęcia pojawiały się już jako plakaty wyborcze na murach i słupach ogłoszeniowych miast i było jak rękojmia.

W jednym miejscu pokonała nas kiełbasa

Jak dodaje wrocławski szef prasowy tamtej kampanii Leszek Budrewicz, tylko w Pile kandydat Solidarności przegrał wybory do Senatu. Bo tylko on nie dojechał na spotkanie w Stoczni i nie miał zdjęcia. Inna sprawa, że w tamtym okręgu zwyciężył wtedy Henryk Stokłosa, właściciel zakładów mięsnych, a później w III RP bohater kilku procesów sądowych. Jak dziś śmieje się Budrewicz, nigdzie nie przegraliśmy z komuną, tylko w jednym miejscu pokonała nas kiełbasa.

We Wrocławiu takim niezależnym kandydatem na senatora był m.in. Janusz Korwin-Mikke, wtedy stawiający pierwsze kroki na drodze do wielkiej polityki. Z Wrocławiem nie miał nic wspólnego, ale wyszło mu z zimnej politycznej kalkulacji, że stolica zachodniego województwa to duży okręg wyborczy i być może jest szansa na wybór stąd do Sejmu. Miał nawet swój sztab wyborczy w jednym z wrocławskich mieszkań przy kinie Warszawa. Stamtąd brano ulotki, które potem wręczano wrocławianom idącym ulicą Świdnicką. Jej wąskie gardło to przejście podziemne - tutaj dosłownie dopadano potencjalnych wyborców, a między sztabami poszczególnych kandydatów - tych z Solidarności i tych niezależnych, trwały boje o miejsce.

„Bitki nie było, ale pertraktacji sporo” - wspomina wrocławski publicysta Tomasz Gabiś. To, co dziś rozstrzygają sądy w trybie wyborczym, wtedy rozstrzygały naprędce zwoływane komisje porozumiewawcze. Często swoje przemowy rozpoczynające już wtedy od słów typowych dla naszych polityków: „nieprawdą jest jakoby...” Najważniejsze miejsce dla solidarnościowej agitacji stanowił „Zegar na Świdnickiej”. Symbol opozycyjnego Wrocławia, miejsce, gdzie spotykano się i na randki, i na zadymy, gdzie odbywały się manifestacje Pomarańczowej Alternatywy. Ktoś wymalował na nim hasło „Tu mieszka Duch Czasu”, i tak już zostało. Nie wiadomo, dlaczego ten symbol niszczeje od 1995 r. w magazynie ZDiUM-u. Wtedy, w czasie kampanii 1989, zegar był czymś na kształt londyńskiego „Hyde Parku”. Nazywało się to „tuba wolności”, tu właściwie w kwietniu i maju trwał jeden ciągły wiec wyborczy. Tomasz Gabiś z rozrzewnieniem wspomina obraz zapisany na dnie oka: -Jakiś kandydat wygłaszał płomienną przemowę za nim, robiąc rewolucyjne tło, zachodziło na czerwono słońce. Jakby rewolucja osiągnęła na raz poziom patosu i kiczu.

Można było wysłuchać kandydatów poważnych i oszołomów, każdy mógł wystąpić i już nigdy potem podobna akcja nie miała takiego wzięcia. Po 15 latach Gazeta Wyborcza próbowała wrócić do tradycji wrocławskiego Hyde Parku, powstała nawet scena na rynku, ale chętnych nie było. Atmosfery 1989 roku nie dało się skopiować.

Wiadra kleju z mąki i hen w miasto

Profesor Roma Duda pamięta przemowy wygłaszane do tuby pod zegarem, ale też w innych miejscach: Parku Staromiejskim czy koło Hali IASE. - Wdrapywałem się na chybotliwą beczkę, wspierałem się na czyimś ramieniu i z tej wyższości beczek po oleju opowiadałem, że tak dalej być nie może. Zresztą opowiadałem jakby w malignie i nie pamiętam dokładnie co, bo dostałem zapalenia płuc w pociągach, którymi jeździłem do Warszawy na obrady Okrągłego Stołu.

A o czym mówiono? O wszystkim, jednak, jak przyznaje profesor Duda, nikt nie straszył ludzi wizją bolesnych zmian. - Z dwóch powodów: ludzie byli wykończeni latami 80., marazmem i beznadzieją tamtego czasu, nie można było gasić ich nadziei, dopiero co rozbudzonej w sercach. Po drugie nie znaliśmy sytuacji kraju, bo nawet przy "Okrągłym Stole” partia nie zdradziła w jak katastrofalnej kondycji jest polska gospodarka - mówi.

Poza bezpośrednimi spotkaniami na wiecach, ruszyła kampania, jak powiedzielibyśmy dziś - outdoorowa. Wtedy chłopcy, często synowie opozycjonistów, z wiadrami kleju zrobionego z mąki kartoflanej ruszali w miasto. I pojawiały się plakaty Gary Coopera „W samo południe” albo Jane Fondy. Jarosław Krauze, dziś miejski radny i wiceszef dolnośląskiej Solidarności, wtedy uczył historii w szkole podstawowej na Kamiennej. Do dziś ma plakat z Jane Fondą.

Piękna seksowna blondynka trzyma znaczek Solidarności i palce składa w geście Solidarnościowego zwycięstwa.  Krauze żałuje, że nie ma nawet śladu po transparencie, jaki zawiesili wtedy na szkole. Kupili bele materiału, pozszywali i wywiesili z dachu. Było coś o tym, że edukacyjna Solidarność żąda zmian. Potem nawet monachijskie Radio Wolna Europa o ich gigantycznym transparencie opowiadało.

-To było niesamowite uczucie - wspomina poeta Jacek Łukasiewicz - wychodzę z domu na Popowickiej, patrzę a ze słupa ogłoszeniowego patrzy na mnie wielkie zdjęcie Basi Labudowej.

Profesor Łukasiewicz mówi, że z jednej strony ten plakacik przełamał w nim tamę, był znakiem, że rzeczywistość naprawdę może się zmienić. Ale bez przesady, żadna rewolucja w czerwcu 1989 roku to nie była. Łukasiewicz ostatnio na fali sentymentalnych wspomnień wziął stare numery „Odry” i przejrzał swoje artykuły z tamtego czasu. - Sam sobie zadałem pytanie, co ja tak kluczyłem w analizie <Przedwiośnia>, co ja za szpagaty tam robiłem... I wtedy sobie przypomniałem, przecież cenzura dalej trwała, dalej zamrażali nam teksty i dalej trzeba było kombinować, by cenzorzy, niegłupi w końcu ludzie, publikację puścili.

Władza niechętnie się „władzą” dzielić chciała. Szefem wrocławskiego komitetu wyborczego Solidarności był dr Adolf Juzwenko, który tuż po wyborach został szefem Ossolineum i na tej funkcji trwa do dziś. Jak mówi, wtedy zostali wezwani do Urzędu Wojewódzkiego, gdzie jakiś rozdrażniony towarzysz tonem trochę protekcyjnym, a trochę obrażonym wyrzucał, że Solidarność prowadzi kampanię konfrontacyjną, że mówi, że w kraju jest źle, że oczernia władze ludową i towarzyszy. Juzwenko dziś wspomina: - Rzuciłem wściekły - Towarzyszu, oczywiście, że kampania jest konfrontacyjna, bo na tym polegają kampanie wyborcze w demokratycznych państwach. A my jesteśmy konfrontacyjni, bo my tę władzę przejmiemy. Dopiero, jak w uszach zadudniły mi moje własne słowa, zdałem sobie sprawę z naszej sytuacji. Oblał mnie zimny pot odpowiedzialności i omal nie zemdlałem słysząc sam siebie.

Solidarność i jej sztab mieściły się w kilku pokojach biurowca Naviga przy Wita Stwosza. Tam gromadzono i rozprowadzano plakaty, tam mieściła się siedziba „Gazety Wyborczej”. Jak dziś zastrzega dawny dziennikarz Rafał Bubnicki, choć nazwa ta sama, to wrocławska „Wyborcza” nie miała nic wspólnego z tą stołeczną Michnika. Ot po prostu powstała wrocławska „gazeta na wybory”.

Historia zatoczyła koło

Poza Bubnickim gazetę składał grafik i satyryk Tadeusz Kuranda, a teksty w niej pisał obecny poseł Jacek Świat. - Miałem czerwony sweterek i zakaz pracy jako polonista za opozycyjne zainteresowania oraz chęć pomocy - wspomina dziś Świat. Przyszedł do Navigi, spotkał Lothara Herbsta, późniejszego redaktora naczelnego wrocławskiego Radia i rzucił do Herbsta, że chce pomóc. W godzinę został redaktorem. Gazetę składano w jednym z domów na Sępolnie, należącym do Wojciecha Wójcika, bo tylko on miał do dyspozycji komputer.

Co innego władza ludowa. Profesor Ludwik Turko zaprasza dziś do swojego gabinetu w Instytucie Fizyki na placu Maxa Borna. Dla niego historia zatoczyła pełne koło. Teraz Instytut mieści się... w dawnej siedzibie PZPR. Wtedy posępny gmach przy Dąbrowszczaków obiecywał tylko kłopoty, może nie tak duże jak Łąkowa, gdzie mieściły się „Służby”, ale niewielu z radością na Dąbrowszczaków chodziło.

Profesor Turko, dziś z radością w głosie, pokazuje palcem na lewy górny róg szafki stojącej w gabinecie. A tam naklejka: „Słuchaj wszystkich, wybieraj sam: PZPR”. To przecież, mimo upływu ćwierćwiecza, naklejki wyborcze kandydatów PZPR. - Gdyby władza ludowa choć w połowie tak dbała o ludzi i zaopatrzenie, jak zadbała o swoje materiały wyborcze i ich jakość, to może nie trzeba byłoby wcale z systemem walczyć - żartuje Turko. Ale coś jest na rzeczy, naklejki wyglądają jak nowe, a mają już ćwierć wieku. Turko - jedna z czołowych postaci wrocławskiej opozycji, gabinet dostał po partyjnym wydziale propagandy i informacji.

Gdyby ta propaganda wiedziała, co z popularnego wrocławskiego fizyka za ziółko...W 1982 roku Aleksander Gleichgewicht, też fizyk, wtedy zatrudniony w Instytucie Niskich Temperatur i Badań Strukturalnych po pobycie na internowaniu, dostał propozycję: one way ticket - wyjazd bez możliwości powrotu na zgniły zachód. I wyjechał, nota bene 4. czerwca, tyle że 1982 roku, do Norwegii. O kolegach jednak nie zapomniał. Najpierw stworzył Solidarność Polsko-Norweską, a potem zaczął wspomagać kolegów z naszego regionu. Do Polski szły tajnymi drogami powielacze, nadajniki radiowe, materiały drukarskie, a także specjalna koperta z pieniędzmi.

"Oświadczam, że cała suma została przepita"

- Nie da się lata całe walczyć z systemem na poważnie, dlatego zdecydowaliśmy się na nietuzinkową pomoc dla kolegów z Wrocławia. Zbieraliśmy wśród Norwegów pieniądze dla Wrocławia na...alkohol. Ponieważ najuczciwszy w gronie był profesor Turko, a ponadto dysponował domem z ogrodem, to do niego trafiały pieniądze z Norwegii, i do niego zgłaszano zamówienia - opowiada Gleichgewicht.

Leszek Budrewicz do dziś z rozrzewnieniem wspomina: - W sumie nigdy jakoś nie miałem skłonności do alkoholu i raczej stroniłem, ale to był właściwie jedyny czas, gdy mogłem skosztować trunku, o którym tylko słyszało się w amerykańskich filmach. Zamawiałem sobie jedno takie wino, na które nigdy później nie było mnie stać - opowiada Budrewicz.

Sonda

Co jest największym sukcesem Wrocławia ostatnich 25 lat?

Ta sonda już się zakończyła.
organizacja Euro 2012 i nowy stadion
1
walka mieszkańców z powodzią roku 1997
5
Autostradowa Obwodnica Wrocławia i most Rędziński
6
odnowiony Rynek
0
przyznanie tytułu Europejskiej Stolicy Kultury
0
niepowtarzalny klimat i wspaniali ludzie
9
ciężko powiedzieć
4
Wszystkich głosów: 25

Po zebraniu życzeń uczestników biesiady alkohol był kupowany w Pewexie, a potem opozycyjna wierchuszka schodziła się do Turki. Impreza trwała, aż cały alkohol został komisyjnie wypity, a potem wśród pianej gawiedzi lawirował Ludwik Turko żądający, by każdy z zebranych podpisał oświadczenie: „Niniejszym poświadczam, że cała suma otrzymana z Norwegii została przepita, i ani jeden cent nie poszedł na inne cele. Potem to oświadczenie kanałami tajnymi wracało do Gleichgewichta w Norwegii, który rozpoczynał kolejną zbiórkę.

Tajnymi, bo opozycjoniści zdawali sobie sprawę, co by było gdyby to oświadczenie trafiło w ręce partyjnej propagandy i Jerzego Urbana. Częstotliwość tych spotkań nie była zbyt duża, ot raz na pół roku. Ale do dziś w pamięci zebranych została na przykład scenka, gdy Jan Lityński (dziś polityk PO) i Adam Lipiński (dziś PiS) wespół siedzą na wiśni i celują owocami w jakąś opozycjonistkę, która na swoje nieszczęście na popijawę przyszła w białej sukience.

- Lityński i Lipiński na jednym drzewie - to właściwie dobry obrazek pokazujące wrocławskie środowisko opozycyjne - zamyśla się jeden z jego członków Krzysztof Turkowski. - Bo zarówno wtedy, jak i właściwie do tej pory, Wrocław miał to szczęście, że owszem różnice zdań tu były, ale prawie nigdy nie przekraczano Rubikonu. Kłóciliśmy się i kłócimy o pewne posunięcia, decyzje, pomysły, ale nikt nigdy nie spalił mostu - wyjaśnia.

Pierwszy pokomunistyczny
Pierwszy pokomunistyczny
Prezydent Wrocławia
Jak zaznacza Turkowski, pierwszego pokomunistycznego prezydenta miasta wybrano gremialnie - wskazano 34-letniego Zdrojewskiego, a Turkowski został jego wiceprezydentem. Zdrojewskiego wskazał inny opozycjonista Rafał Dutkiewicz, który potem został namaszczony na następcę przez Zdrojewskiego. Wszystko w gronie znajomych. Dzięki temu właściwie od 1990 roku jedna ekipa dawnych przyjaciół z konspiry sprawuje w mieście władzę. - I nie ważne, czy dziś należą do PiS-u, PO, czy zostali bezpartyjnymi samorządowcami lub w ogóle z polityki wyszli - my wszyscy wciąż się towarzysko spotykamy, zapraszamy wzajemnie odwiedzamy. To jest jeden zgodny świat - chwali Turkowski wrocławskie połączenie świata polityki i biznesu. Tu, gdzie inni widzą zagrożenie dla demokracji i brak czytelnego rozdziału, on dostrzega siłę Wrocławia i powód dynamicznego rozwoju miasta.

Inaczej rzeczywistość widzą jednak stronnicy Kornela Morawieckiego, przywódcy Solidarności Walczącej. Sam Morawiecki domaga się docenienia dziś anonimowych ludzi, którzy wtedy przez całe lata 80. dawali mu schronienie w swoich prywatnych mieszkaniach. Łącznie było to kilkadziesiąt mieszkań na przestrzeni 7 lat. Krytykuje natomiast opozycjonistów, którzy usiedli w Warszawie do Okrągłego Stołu. Do dziś nie może tego porozumienia z władzą wybaczyć dawnym kolegom.

Zdrada ideałów czy mądre posunięcie?

Ta wojna o poglądy trwa miedzy nimi od 26 lat. - I nic dziwnego - mówi Wojciech Myślecki, wykładowca na Politechnice. - Myśmy już wtedy żywo protestowali przeciw konszachtom z władzą. Reszta wiedziała, że my to nazywamy zdradą ideałów. Kiedyś przyszedłem do Navigi, do redakcji tej naszej wrocławskiej "Gazety Wyborczej", a tam Lothar Herbst i reszta chłopaków. Ludzie, z którymi byłem internowany, no, z którymi zjadłem opozycyjne zęby. A oni na mój widok, jakby dziwka się w kościele zjawiła, Lothar zaczął nerwowo walić w maszynę do pisania, reszta zaczęła żywo o czymś rozmawiać. Jakby mnie nie było, jakby nie znali. To był dla mnie sygnał. Dawni koledzy, już są po drugiej stronie. Już władza, choćby jej nikły zapach, zupełnie ich zaślepił i zniewolił.- To była zmowa elit. Tych solidarnościowych i tych partyjnych - tak ocenia ustalenia Okrągłego Stołu profesor Andrzej Wiszniewski, też z Politechniki Wrocławskiej. Potem, w latach 90., był ministrem nauki i jednym z najważniejszych reformatorów polskiej popeerelowskiej nauki i szkolnictwa.

Wiszniewski także był przeciwnikiem Okrągłego Stołu. -Uważałem że trzeba poczekać, aż komuna się wykrwawi i sama upadnie, i wtedy ich pozamiatamy. Prawdę mówiąc nie sądziłem, że to się zdarzy tak prędko. Jeszcze w 1988 roku, pytany przez brytyjskiego dziennikarza, mówiłem, że Polska peerelowska potrwa jeszcze tylko 30 lat. Naprawdę czułem, jakbym wygłaszał optymistyczną prognozę. A rok później już właściwie komuny nie było - mówi.

Wiszniewski był przeciwnikiem Okrągłego Stołu, bo uważał, że to pułapka. Po latach przyznaje: - Spektakularne zwycięstwo w wyborach 4 czerwca i rząd Mazowieckiego były dowodem, że to nie ja miałem rację, ale zwolennicy układu z komuną. Choć „gruba kreska” była w mojej opinii błędem.

Zdjęcia ilustrujące tekst oraz z galerii pochodzą z wystawy "Droga do wolności" Ośrodka Pamięć i Przyszłość (KLIKNIJ I CZYTAJ WIĘCEJ), którą możecie oglądać do 16 czerwca na placu przy kościele Marii Magdaleny we Wrocławiu.   

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama