To koniec protestu? Niepełnosprawni z Wałbrzycha odbiorą dziś nowy lokal

| Utworzono: 2014-10-03 15:39 | Zmodyfikowano: 2014-10-03 20:12
A|A|A

Fot. Przemysław Gałecki (Radio Wrocław)

Rozmowy zawieszone do poniedziałku. Taka decyzja zapadła w piątek wieczorem, po tym jak 20 niepełnosprawnych okupowało urząd marszałkowski żądając przyznania dwóch milionów złotych dotacji na stworzenie Zakłady Aktywizacji Zawodowej. Pieniądze są zablokowane, bo obligatoryjny wkład własny fundacji jest pozornym - mówił podczas specjalnego posiedzenia zarządu wicemarszałek Jerzy Michalak. Według niego rozwiązaniem jest przekazanie fundacji gminnej nieruchomości:

Protest może być jednak wznowiony, bo prezes fundacji de Gaulle'a, Jarosław Klonowski zapowiadał, że jeśli nowy lokal nie spełni warunków jakie są niezbędne dla niepełnosprawnych, przyjedzie do Wrocławia z kilkudziesięcioma podopiecznymi.

W piątek do godziny 20:00 trwało posiedzenie zarządu we wrocławskim urzędzie marszałkowskim, w którym brali udział niepełnosprawni z Wałbrzycha i przedstawiciele fundacji de Gaulle'a. Chodzi o projekt zakładu aktywizacji zawodowej.

Urząd marszałkowski nie chce się zgodzić na przekazanie dotacji na ten cel, bo wkład własny fundacji, który jest obligatoryjny, jest zdaniem zarządu województwa pozornym. Fundacja przedstawiła umowę najmu lokalu na ten cel, w której cena metra kwadratowego jest wielokrotnie wyższą od średniej ceny najmu za podobny lokal w tym mieście.

Szukając rozwiązania urząd marszałkowski przyjął uchwałę, która mówi o nieodpłatnym przekazaniu fundacji lokalu należącego do gminy Wałbrzych. Niepełnosprawni nie chcą jednak brać kota w worku - wracają co prawda do domów, ale decyzję podejmą dopiero w poniedziałek, po zobaczeniu lokalu. Zdzisław Grajek, ojciec niepełnosprawnego 30 latka z nadzieją czeka na otwarcie nowego Zakładu aktywizacji zawodowej:

- W poniedziałek obejrzymy nieruchomość, którą nam zaproponowano. Jeżeli nie spełni naszych oczekiwań, wracamy do urzędu - mówił prezes fundacji de Gaulle'a, Jarosław Klonowski o liście intencyjnym prezydenta Wałbrzycha (kliknij w obrazek obok).

Wniosek o uruchomienie zakładu trafił do urzędu kilka miesięcy temu. Niepełnosprawni nie dostali jednak odpowiedzi.

- To miejsce jest dla nas wszystkim. Mam siedmiomiesięczną córeczkę, jak za 600 zł mam zapewnić jej i sobie życie? - mówiła podczas wrześniowego protestu jeżdżąca na wózku Sylwia Woźniak.

W połowie września pisaliśmy o tym, że fundacją zainteresowało się CBA. Więcej na ten temat TUTAJ.

Na pracę w zakładzie czeka ponad sześćdziesięciu niepełnosprawnych. Urząd Marszałkowski tłumaczył, że że wniosek wpłynął, ale fundacja, która chce zakład otworzyć, nie dopełniła w pełni wszystkich formalności.

Podczas wrześniowego protestu wicemarszałek Radosław Mołoń wyszedł do niepełnosprawnych i mówił, że zarząd podjął uchwałę, by przyznać im pieniądze. Zaznaczył jednak, że jest to przyznanie warunkowe. Fundacja miała m.in przedstawić zabezpieczenie finansowe dla dotacji, o którą się stara.

Jarosław Klonowski z fundacji de Gaulle'a nie krył wtedy, że o pieniądze stara się od roku i słowa wicemarszałka mu nie wystarczą. - Nie wyjdziemy, dopóki nie dostaniemy uchwały. Przyjmuję za dobrą monetę, że dzisiaj decyzja ta zapadła. A obawiam się, że zapadła tylko dlatego, że tutaj przyjechaliśmy. Był to nie lada wyczyn, bo większość z tych 50 osób jeździ na wózkach - mówił Klonowski.

Pikietujący wrócili do domu dopiero, gdy urzędnicy przygotowali stosowne dokumenty potwierdzające warunkową wypłatę pieniędzy na zakład aktywizacji zawodowej.

Niepełnosprawna Ilona Piechna tłumaczyła w piątek, że dla niej cały dzień w urzędzie to wielki problem, ale mimo zmęczenia nie ma zamiaru ustępować:

- Nasza propozycja to przekazanie na ten cel nieruchomości, której właścicielem jest gmina Wałbrzych - mówił wicemarszałek Jerzy Michalak.

Protest planowano na 21 września, ale został odwołany. Tym razem do stolicy Dolnego Śląska przyjechało 25 osób. To podopieczni fundacji de Gaulla, którzy walczą o to, by w ich mieście powstał Zakład Aktywizacji Zawodowej.

Adam Maciaszczyk mówił wprost: Albo dostaniemy to, po co przyjechaliśmy, albo będą musieli nas wynieść siłą. - Miarka już się przebrała, nie jesteśmy tu pierwszy raz. Już wielokrotnie nam obiecywali, że dokumenty zostaną podpisane, że wszystko będzie dobrze. Ale nie, ciągle rzucają nam kłody pod nogi, chociaż nie każdy z nas nogi ma  - wyjaśnia Maciaszczyk:

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama