Recenzje Iana Pelczara: AVE CEZAR ******

Jan Pelczar | Utworzono: 2016-02-23 14:42 | Zmodyfikowano: 2016-02-23 12:37
A|A|A

Gdyby to było takie proste, to nie byłby film braci Coen. Faktycznie, mamy na ekranie satyrę na epokę wielkich produkcji lat pięćdziesiątych. Jednocześnie sposób opowiadania całej historii w stylistyce filmu noir, z wszechwiedzącym narratorem, wskazuje na sentyment, jeśli nie tęsknotę, do estetyki, z której Coenowie pokpiwają. Tytuł „Ave Cezar" należy do filmu w filmie. Pokazywanej nam w migawkach, z wewnętrznych przeglądów i z wydarzeń na planie, historycznej epopei o rzymskim możnowładcy, który ulega blaskowi Jezusa Chrystusa (podtytuł fikcyjnego dzieła jest identyczny z „Ben Hurem", padają też zastrzeżenia do sceny z wyścigu rydwanów, są więc ewidentne tropy, do czego Coenowie się odwołują).

Aktor, który gra Rzymianina zostaje porwany, co uniemożliwia dokończenie produkcji, to uruchamia akcje filmu braci Coen. W podwójnej roli gwiazdy świetnie odnajduje się George Clooney, obsadzony tu z podtekstem, z mrugnięciem oka do własnego wizerunku. Jak wielu innych aktorów, migających często w drobnych epizodach z genialnym Ralphem Fiennesem na czele, bliźniaczą Tildą Swinton i morową syreną Scarlett Johansson. Clooney jako gwiazda i twarz i Clooney jako zaangażowany politycznie aktywista – do tych dwóch stron wizerunku aktora mogą widzowie odnieść się w różnych częściach filmu.

Swoją rolę odgrywają w „Ave Cezar" komuniści i ich nauki, ich rozbiór na części pierwsze systemu kapitalistycznego. Studia filmowe stają się przykładem mechanizmów i relacji opartych na kapitale. Dbają o wizerunek, nie zważając na jego malejący związek z rzeczywistością. Każdy, kto się na chwilę otrząśnie, zostaje sprowadzony do porządku albo musi solidnie ukrywać skutki swojego przebudzenia. Hollywood osiąga na naszych oczach mistrzostwo w hipokryzji. Sformułowanie „Fabryka snów" nie jest przypadkowe. Coenowie inscenizują na planach filmowych, które odwiedza ich bohater westerny, musicale, melodramaty, kłaniają się Douglasowi Sirkowi, Vincente Minnellemu, Gene'owi Kellemu.

Gwiazd w Hollywood nigdy nie brakowało. W najnowszym filmie braci Coen znani aktorzy często mają epizod, a role najważniejsze grają mniej oślepiani blaskiem reflektorów, np. Alden Ehrenreich . Głównym bohaterem jest zatrudniony przez jedną z wytwórni Eddie Mannix. W autentyczną postać, która pracowała dla MGM, wciela się Josh Brolin, w ostatnich latach najważniejszy aktor w filmach Coenów. Jego Eddie potrafi załatwić wszystko: uratować aktorkę przed aresztem, aktora przed rujnującym karierę artykułem w gazecie, przekonać reżysera, że beztalencie wciskane przez producenta, nadaje się do głównej roli. Nic dziwnego, że Eddiego chce podkupić wielka firma z zupełnie innego przemysłu. To jednocześnie zapowiedź zburzenia świata zbudowanego wokół przyzwyczajeń, walki jedynie z indywidualnymi słabościami i kina traktowanego jako balsam i ucieczka. Pojawia się zwiastun zimnej wojny. Wokół rozterek głównego bohatera Coenowie budują konstrukcję fabularną filmu. Wątpliwości dotkną człowieka wiary, z nadgorliwą regularnością odwiedzającego konfesjonał. To jedna z wielu satyr na religię w „Ave Cezar". Najlepszą sceną filmu jest dla mnie dyskusja Eddiego z duchownymi różnych odłamów chrześcijaństwa, dotycząca konsultacji teologicznej nad powstającą właśnie superprodukcją historyczną. To jeden z tych momentów, gdy Coenowie są niezwykle błyskotliwi i mądrzy jednocześnie.

Osadzenie akcji w Hollywood nasuwa porównania z „Bartonem Finkiem", porwanie z „Big Lebowskim", ale scena z kapłanami i wiele innych pokazuje, że najbliżej „Ave Cezarowi" do „Poważnego człowieka". Można się skupić na satyrze i zabawie, można szukać bardziej filozoficznego traktatu. Warto poszukać Cezara, nie w gwiazdach i władcach, ale w najwierniejszych sługach systemu, takich jak Eddie Mannix, któy z niejasnych powodów pracuje na rzecz Fabryki Snów z największą gorliwością. To zastanawiające oddanie pozwala pomyśleć także nad mechanizmami funkcjonowania innych systemów, bardziej opresyjnych, głębiej ingerujących w nasze życie. Takich z przeszłości i takich, które powstają na naszych oczach. Ostatnie słowo, jakie możemy zobaczyć na ekranie to „behold" - „spostrzeż". Zaś ostatni napis końcowy po całej liście płac informuje nas, że w filmie nie przedstawiono żadnego wizerunku boga.

Gdyby to było takie proste.

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
NA ANTENIE
LeszekKopeć
Leszek Kopeć
 00:01 - 02:00
Muzyczna Cyganeria
Zapraszam
Reklama