Nie Było Grane 10/09: Jack White, King Creosote, William Tyler, Glenn Jones, Wilco, Okkervil River.

Michał Kwiatkowski | Utworzono: 2016-09-10 15:03 | Zmodyfikowano: 2016-09-10 14:31
A|A|A

Nie Było Grane 10/09 / Okkervil River Fb

Zaczniemy od muzyków, których tegoroczne albumy nie wzbudziły zbyt wielu emocji wśród krytyków, ale zdecydowanie warte są uwagi. Zarówno „Fleeting” Glenna Jonesa jak i przede wszystkim „Modern Country” Williama Tylera, sięgają głęboko do najlepszych wzorców amerykańskiego, akustycznego folku, co jednak wcale nie oznacza, że są to produkcje nudne! W wypadku Jonesa mamy przed sobą piękną kolekcję delikatnych gitarowych dźwięków, rozwiewających się w drżącym brzmieniu minimal music („In Durance Vile” czy „June to Soon, October All Over”). Natomiast na „Modern Country”, Tyler eksperymentuje z łączeniem alt. country z lekkością i nośnością tożsamą jedynie popowej melodyce („Gone Clear”). Tej muzyce jednak bardzo daleko do koniunkturalnych umizgów, bo z wyciszonego Nashville skąd pochodzi Tyler, szybko przenosimy się do krainy apokaliptycznego folku – w „The Great Unwind” rządzi chaos i gitarowe rzężenie, przykryte w połowie tej ponad 8-minutowej kompozycji, delikatną grą perkusji i dronowymi pogłosami w tle.

Puls perkusji na najnowszej płycie Tylera to zasługa Glenna Kotche z Wilco. Tak się ciekawie składa, że Wilco w ten piątek wydali swoją nową płytę. „Schmilco” przynosi 12 kompozycji Jeffa Tweedy'ego, w dużej mierze... akustycznych, ale doprawdy przepysznych w swych z pozoru prostych, choć dopracowanych w każdym szczególe aranżacjach.


Najważniejszym krążkiem akustycznym tego tygodnia/weekendu jest jednak „Acoustic Recordings 1998-2016” Jacka White'a. Kompilacja przygotowana przez artystę, który na okładce swojego najnowszego wydawnictwa pozuje ze stuletnim Gibsonem L-1, przynosi 2 płyty z odkurzonymi starociami i dwie wyszperane perły. Wśród 26 utworów znajdziemy alternatywne wersje kompozycji znanych z katalogów The White Stripes, The Raconteurs i solowej twórczości White'a, a także mixy i niepublikowane do tej pory piosenki. Wśród tych ostatnich mamy „City Lights”, która powstała w czasie prac nad albumem „Get Behind Me Satan”, a po 10 latach została odkryta na nowo w archiwum, kiedy White przygotowywał winylową wersję tego albumu na potrzeby Record Store Day 2015. Drugie nagranie, czyli odświeżone „Carolina Drama” z repertuaru The Raconteurs to... pięć minut dla których warto zaopatrzyć się w ten album!

Archiwa White'a odkurzać będziemy dziś kilkukrotnie, zaś te spokojne dźwięki przeplatać będziemy odgłosami pioruna zamkniętego w butelce czyli fragmentami wyjątkowo głośnej ścieżki dźwiękowej, powstałej podczas ostatniej wizyty artysty na festiwalu Bonnaroo.


Za oceanem zatrzymamy się wyjątkowo długo, bo sprawdzać też będziemy najnowsze dzieło Okkervil River. Jeśli ktoś zada pytanie: czy „Away” to album na miarę „The Silver Gymnasium”?, - odpowiadam: to płyta zdecydowanie lepsza! Mało tego, to jeden z kandydatów do bardzo wysokiego miejsca w rankingu najważniejszych wydawnictw muzycznych tego roku.

Audycja Nie Było Grane czyli sludge, doom, indie, shoegaze, alternatywa, eksperymenty i proste piosenki - Radio Wrocław Kultura, w soboty od 16.00 do 20.00.


Okkervil River to projekt skupiony wokół osoby Willa Sheffa. Od wydania „The Silver Gymnasium” w 2013 r. , zespół przeszedł prawdziwą rewolucję personalną (właściwie w tym momencie to grupa muzyków wspomagających Sheffa w realizacji jego pomysłów). Muzyk przeżył też stratę najbliższej i najważniejszej dla siebie osoby. T. Holmes „Bud” Moore był dziadkiem muzyka, ponoć też i świetnym jazzowym trębaczem.

I o tym właśnie jest album „Away”. O stracie, zagubieniu, próbie zniknięcia z firmamentu rzeczywistości, wieczorach spędzonych na bezcelowym błąkaniu się po Brooklynie i gorącym pragnieniu zabicia bezczynności. Samotność spozierająca z tekstów Sheffa to konfesja na temat banalnej do bólu codzienności, rytuałów powtarzanych każdego dnia, przynoszących poczucie pustki, z którego jednak jakoś trzeba się wyrwać, nawet gdyby miałby to być tylko eskapizm na uwięzi.

Kogo słyszymy na tym albumie? W „Call Yourself Renee” wokalnie udziela się słuchana już w Nie Było Grane, Marissa Nadler. Nad instrumentarium czuwa kontrabasista Noah Garabedian, klawiszowiec Jared Samuel, gitarzysta Will Graefe oraz sekstet nowojorskich kameralistów z yMusic. Są oni niezbędni w rozbudowanych aranżacjach (trąbki i smyki w „Judey on a Street”, „Comes Indiana Through the Smoke”), w których panuje uporządkowany zgiełk - przestrzeń i miejsce dla każdego dźwięku.
Teksty Sheffa opowiadają o niezbyt przyjemnych uczuciach, ale ta muzyka jest zadziwiająco uwznioślająca. Folk z rockowym zadziorem w „Mary on a Wave”, akustyczna i w pełni elegijna ballada „Okkervil River R.I.P.” przechodząca w piękną sekcję smyczkową, zakrapianą pojedynczymi dźwiękami fortepianu, by następnie rozpędzić się w dwugłos Sheffa i wspomnianej Nadler w „Call Yourself Renee”. Poraża. Zwłaszcza w spokojnej balladzie „Comes Indiana Through the Smoke”, gdzie Sheff wspomina swojego dziadka, a na trąbce zmarłego kojąco akompaniuje CJ Camerieri. Muzyka gaśnie powoli w oddali. Piękna płyta.

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama