Snowden ****

Jan Pelczar | Utworzono: 2016-11-21 20:40 | Zmodyfikowano: 2016-11-21 20:19

W fabularnym filmie Olivera Stone’a, najlepszym jego dziele od lat, a i tak o wiele poziomów gorszym od dawnych dokonań, obserwujemy dwa plany. Rekonstrukcja rozmowy Edwarda Snowdena z dziennikarzami, którzy opublikowali jego materiały, znana ze wspomnianego oscarowego dokumentu Laury Poitras, jest wtórna, ale została zrealizowana nienagannie. Wielka w tym rola drobnych, ale porządnie wykonanych, w duchu najlepszego aktorstwa wcieleniowego, ról Melissy Leo, Toma Wilkinsona i Zachary’ego Quinto. Z kolei retrospekcje z wcześniejszych lat Snowdena uzupełniają wiedzę widzów „Citizenfour”, ale momentami zmieniają intrygującą historię bohatera naszych czasów w kiczowaty i uniwersalny dramat obyczajowy. A przecież, gdyby każdy był jak Snowden, to nie powstałby system, który został przez niego obnażony. W formie filmu moje spore wątpliwości budzi sposób pokazania dramatycznych zwrotów, związanych np. z atakami epilepsji. Pamięć o tych kadrach sprawiła, że mocno się zdziwiłem, gdy autora zdjęć Anthony’ego Dod-Mantle’a nagrodzono za nie Brązową Żabą na zakończonym w miniony weekend Camerimage. Większy margines akceptacji mam dla muzyki Craiga Armstronga, która przeprowadza nas przez kilka scen z dość sztucznie wybudowanym napięciem.

Największym skarbem amerykańskich służb, ujawnionym przez tytułowego bohatera filmu Stone’a, był program do masowego inwigilowania wszystkich obywateli w sieciach telekomunikacyjnych. Najwspanialszym klejnotem samego filmu jest odtwórca głównej roli. Joseph Gordon-Levitt mówi i zachowuje się identycznie jak Snowden. Może nie pogłębia znacząco rysunku postaci w kontekście znanych nam dokumentów i wywiadów, ale i tak imponuje swoją kreacją. Zupełnie inaczej jest w przypadku drugoplanowych postaci Rhysa Ifansa i Nicolasa Cage’a. Przerysowanie panów z CIA względem poważnego tematu filmu i opartej na faktach narracji budzi poczucie dysonansu. Mieszane uczucia mam względem ekranowej partnerki Gordona-Levitta. Shailene Woodley wyrasta na coraz ciekawszą aktorkę, ale jej bohaterkę potraktowano dosyć protekcjonalnie. Sceny kłótni i rozterek zbudowano uniwersalnie i wiarygodnie, ale każda postać drugiego planu pełni w scenariuszu rolę służebną wobec Snowdena.

Każda laurka może zadziałać przeciwskutecznie, o czym możemy przekonać się w finale, gdy zaczniemy zadawać sobie pytania, których pewnie by nie było, gdyby zakończenie skomponowano w sposób bardziej wyważony i neutralny. Z zawieszeniem znaku zapytania o działalność głównego bohatera w Rosji, gdzie udzielono mu azylu.

 


Komentarze (0)
Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.