Rozmowa Dnia Radia Wrocław: Premier Morawiecki o trójpodziale władzy i wolnych niedzielach

Przemek Gałecki | Utworzono: 2017-10-03 19:40 | Zmodyfikowano: 2017-10-03 19:40
A|A|A

Wicepremier Mateusz Morawiecki najprawdopodobniej będzie kandydował do Sejmu w kolejnych wyborach parlamentarnych. Minister Rozwoju i Finansów pochodzi z Wrocławia. Był nawet radnym w pierwszej kadencji sejmiku wojewódzkiego. Później przez lata pracował w sektorze bankowym, by dwa lata temu wejść do rządu. Na antenie Radia Wrocław przyznał, że jest politycznie zainteresowany nie tylko władzą wykonawczą, ale także ustawodawczą.

Wicepremier nie potwierdził, że chciałby kandydować z Wrocławia, ale wydaje się to najbardziej naturalny okręg wyborczy. Właśnie we Wrocławiu na posła z list Kukiz'15 został wybrany ojciec wicepremiera, Kornel Morawiecki, legenda Solidarności Walczącej.

Od niedzieli Polacy mogą i, na co wskazuje liczba wniosków, chcą przechodzić na emeryturę wcześniej. Już prawie 200 tysięcy podjęło taką decyzję. Wicepremier Mateusz Morawiecki w Rozmowie Dnia Radia Wrocław uspokajał, że takie liczba dodatkowych emerytur nie jest problemem ani dla budżetu, ani dla rynku pracy

Tyle, że na świecie tendencja jest odwrotna - wiek emerytalny jest podnoszony, a nie obniżany - np. we Francji , w Hiszpani, czy w Niemczech. Czy zatem za kilka lat rząd będzie pracował np. nad zrównaniem wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn do 65 roku?

POSŁUCHAJ CAŁEJ ROZMOWY:

Przemysław Gałecki, Radio Wrocław: Od niedzieli Polacy mogą i, na co wskazuje liczba wniosków, chcą przechodzić na emeryturę wcześniej. Na ponad 330 tysięcy uprawnionych, już prawie 200 tysięcy podjęło taką decyzję. Pan nie ma obaw, że wpłynie to w dłuższej perspektywie niekorzystnie na budżet?

Mateusz Morawiecki, Minister Rozwoju i Finansów: Tylko doprecyzuję. Uprawnionych jest nawet więcej, bo 415 tysięcy, a te 330 tysięcy, o których pan mówił to była liczba szasowanych przez nas osób, które przejdą na te wcześniejsze emerytury. To około 80 procent. Jeśli więc spojrzymy na te liczby, to mamy mniej więcej zgodność z naszymi założeniami. Ja oczywiście patrzę na to również przez pryzmat budżetu, ale rozumiem jednocześnie, że ci, którzy pracowali ciężko, fizycznie przez całe życie, chcą odpocząć. Jednak apeluję gorąco do tych, którzy mają jeszcze siłę pracować. Mają 60 czy 60 parę lat, wiedzę i doświadczenie, które jest dziś potrzebne na rynku. Zachęcam, by zostali jeszcze dwa, trzy czy pięć lat, jeśli nie muszą pracować fizycznie.

Pan zachęca, a światowa tendencja dotycząca rynku pracy jest zupełnie inna, niż w Polsce. Wiek emerytalny jest podnoszony, a nie obniżany — Dania Łotwa Francja Hiszpania, w Niemczech podniesiono do 67 lat, a myśli się nawet o 71. Tam się to nakazuje.

Są takie kraje, oczywiście, ale my ponadto niestety padliśmy ofiarą niezwykle natężonego sporu politycznego. Brak dyskusji w roku 2011 i bardzo autorytarna decyzja doprowadziła do polaryzacji sceny politycznej wokół tego tematu. Dlatego mamy dzisiaj to, co mamy. W budżecie to dodatkowy koszt około 10 mld złotych. My mamy to zabezpieczone i to znacznie poniżej 3 procent deficytu budżetowego. Jednak z punktu widzenia rynku pracy ważnym jest, by wartościowi ludzie próbowali na tym rynku zostać.

A w perspektywie czasowej, dającej się przewidzieć. Pan myśli o zrównaniu wieku emerytalnego dla kobiet i dla mężczyzn, do 65 roku życia?

To są decyzje polityczne i społeczne przede wszystkim, a dopiero po drugie gospodarcze. Wolałbym zabrać się za to w odpowiedniej kolejności. Intencje gospodarcze są jasne, wpływ na budżet jest jasny, ale w demokratycznym kraju ludzie nie powinni być pomijani. Powinno podlegać to dyskusji i tylko tak wyobrażam sobie debatę na temat wieku emerytalnego.

Każdy rok więcej pracy to 8 procent wyższa emerytura — tylko czy ludzie odchodzący na emerytury mają tę wiedzę? Pan namawia?

Prezes ZUS, Gertruda Uścińska robiła wszystko, by ta komunikacja dotarła jak najszerzej. Natomiast te 8 procent, o których wspomniał pan redaktor, to rzeczywiście podstawowa zachęta. W innych krajach Unii Europejskiej to jest 1 procent albo 2 procent. U nas rzeczywiście jest to bardzo duży przyrost za pozostanie jeden dodatkowy rok na rynku pracy. Dlatego jeszcze bardziej namawiamy, by się nad tym zastanowić.

Zdarza się panu robić zakupy w niedzielę?

Nie. Muszę przyznać, że już dawno mi się nie zdarzyło. Teraz i wcześniej, zanim zostałem ministrem, też mi się nie zdarzało. Staram się tego nie robić, co nie oznacza, że nigdy w życiu nie przytrafiło mi się pójść do sklepu w niedzielę.

Rząd pracuje nad projektem zakazu handlu w niedziele — dwie w miesiącu. Czy to wpłynie korzystnie na rozwój i finanse?

Nie odbije się na tym za bardzo. Ludzie, którzy chcą zrobić zakupy w niedzielę, a nie mogą, bo akurat ta niedziela jest dniem dla rodziny, na wyjście do parku, do kościoła, do znajomych, czy na refleksję, to przecież mogą pomyśleć o tym wcześniej i zrobić zakupy np. w czwartek bądź w sobotę i kupić to, czego potrzebują na niedzielę. Może jakieś wahnięcie będzie w pierwszym roku, ale to nie będzie nic wielkiego.

W takim razie czemu nie wszystkie niedziele, jak chce Solidarność?

Jest to efekt kompromisu. Jedni chcieli zero, inni czterech, stanęło na dwóch.

Zdaniem audytorów z PWC zakaz może być bardzo kosztowny - spadek obrotów w całym sektorze handlu detalicznego w Polsce wyniesie prawie 10 mld złotych, 36 tysięcy osób straci pracę.

Sądzę, że dziś rynek pracy wygląda bardzo dobrze. Kiedy nauczymy się doceniać bardziej wszystkich tych, którzy pracują przy kasie, w magazynach wielkich supermarketów, to wtedy firmy, które odpowiadają tam za zatrudnienie, będą mogły się czymś pozytywnym pochwalić. Jeśli chodzi natomiast o obroty, sądzę, że będzie to marginalny ubytek i nie podejrzewam, że będzie miał wpływ na cały rynek.

Nie byłoby prościej zmodyfikować kodeks pracy, by pracownicy handlu mieli wolne dwie niedziele w miesiącu?

Nie podjęliśmy tego typu kroków, zajęliśmy się w tym przypadku kwestiami regulacyjnymi.

Proszę Boga, żeby nic złego się nie stało, żeby nie został zachwiany żaden fundament w trójpodziale władzy — tak powiedział kard. Kazimierz Nycz podczas mszy z okazji jubileuszu 100-lecia Sądu Najwyższego. Szczerze mówiąc, mnie poruszyły te słowa, a jak pan je odebrał jako wicepremier rządu?

Wydaje mi się, że dziś mamy do czynienia z daleko idącą hermetycznością tej trzeciej władzy sądowniczej. Jest to jedyna grupa polityczno-społeczna, a jednocześnie zawodowa, która kontroluje sama siebie, a w zasadzie nie kontroluje. Te dziesiątki, czy setki przykładów postępowań dyscyplinarnych wobec sędziów, którzy dopuszczali się karygodnych postępowań i czynów. Wydawali wyroki wołające o pomstę do nieba, również. Jak się okazuje, często byli też skorumpowani.

Ale panie premierze. W każdym środowisku tak może być.

Oczywiście. Bardzo dziękuję za tę uwagę. Tylko że każde środowisko podlega ocenie. Czy to policji, czy wreszcie sądów.

Kard. Kazimierz Nycz, zwracając się do sędziów, podkreślił: "Trzeba czasem cierpieć, żeby ocalić to, co jest do ocalenia, czyli wasze powołanie, niezależność, niezawisłość". To znaczy, że obawy kardynała nie są słuszne?

Nie wiem, co kardynał Nycz chciał wyrazić w ten sposób. Pozwolę sobie na taką refleksję. Dzisiaj i czwarta i piąta władza jest ważna. Władza pieniądza i władza mediów. Władza informacji, kto panuje nad informacją. Mieliśmy i jeszcze cały czas mamy do czynienia z ogromnym przeważeniem mediów w jednym kierunku.

Dlatego tak ważne jest sądownictwo.

Dlatego tak ważne jest sądownictwo efektywne. Niedawno rozmawiałem w amerykańskimi kongresmenami i z ministrami w Tallinnie, a jeszcze wcześniej z przedsiębiorcami i inwestorami ze Stanów Zjednoczonych i wytłumaczyłem im. Wszędzie praktycznie mówiłem o wymiarze sprawiedliwości, o reformie, o jego nieefektywności, że sędziowie sami siebie kontrolują, że tak być dalej nie może. Mamy do czynienia z wydatkami z budżetu, które są trzy razy wyższe niż średnia Unii Europejskiej. Brak jest losowej alokacji postępowań. Prezes sądu, na dobrą sprawę, po "uważaniu" może dać sprawę tej pani, a tamtą tamtemu panu. Czy to jest w porządku, panie redaktorze?

Czyli Pana zdaniem słowa kardynała nie były skierowane do rządu?

Moim zdaniem ksiądz kardynał Nycz chciał wyrazić swoją ogólną refleksję, co do obaw i temperatury sporu wokół tego tematu.

W ostatnich dniach mówił pan o tym, że należy wyjść z klinczu z Unią Europejską ws. uchodźców, że nie trzeba dać się wciągać w walkę na zbyt wielu frontach. Tych frontów rząd pana zdaniem otworzył zbyt wiele?

To Unia Europejska utworzyła ich zbyt wiele. A już w szczególności chodzi o te fronty, które w ogóle nie podlegają pod kompetencje UE. Jest wśród nich właśnie temat uchodźców, w którym zresztą jesteśmy bardzo niesprawiedliwie traktowani. Przecież u nas w kraju są uchodźcy z Ukrainy, z Donbasu. Tam też są ludzie pozbawieni dachu nad głową przez wojnę.

Tylko że zdaje się, że niewielu z nich ma nadany oficjalny status uchodźcy. To raczej imigranci ekonomiczni.

Zgadzam się. Jednostki mają taki oficjalny status, ale jest ich 1,5 mln. Nawet jeśli 1 procent z tego, to ludzie rzeczywiście poszkodowani w konflikcie zbrojnym, to jest to 15 tysięcy uchodźców, którzy są w Polsce.

Może więc błędem był brak deklaracji? Są takie kraje, które zadeklarowały przyjęcie uchodźców, a wcale ich nie przyjęły.

My płacimy, jak widać, za szczerość. Dodam, że nasz rząd deklaruje wparcie na miejscu. Tam, gdzie wojna się toczy, gdzie nie ma szpitali, szkół. Właśnie niedawno dokonaliśmy największej wpłaty w całej UE, do EBI, czyli Europejskiego Banku Inwestycyjnego, rzędu 50 mln euro, czyli 200 mln złotych, na pomoc w Syrii i w Libii. Żeby tam mieli pracę i dach nad głową. Oni w większości chcieliby tam normalnie żyć, a nie uciekać. Czy gdyby do Polski przyjechał jakiś bogaty wujek skądś i pytał normalnych patriotów na ulicy, czy chcesz, żeby kolejne miliony ludzi z Polski wyjechały? No nie. Tak samo tamci ludzie chcą mieszkać u siebie, np. w Libii.

Nie pytam pana o rekonstrukcje rządu i czy będzie pan premierem — bo nie sądzę, aby coś mi pan zdradził — ale pytam o pana przyszłość polityczną. Jest pan w komitecie politycznym PiS, będzie pan kandydował w kolejnych wyborach do Sejmu?

Sądzę, że tak. To nie jest jeszcze przesądzone. Jeszcze dwa lata do wyborów, ale moją przyszłość bardzo mocno wiążę ze wdrażaniem zmian, z przygotowywaniem reform, chciałbym się przydawać w tematach gospodarczych i społecznych. Uważam, że warto jest zmieniać Polskę w kierunku kraju bardziej zasobnego, bardziej demokratycznego, bo II RP postrzegamy, jako kraj, który był demokratyczny tylko z nazwy. Realna demokracja jest wtedy, kiedy jak najszersze rzecze ludności mogą brać udział w dzieleniu tego tortu.

Wówczas kandydat z Wrocławia?

Tego jeszcze nie wiem. Zobaczymy.

Przez kilka lat był pan radnym w dolnośląskim sejmiku — z pana doświadczenia samorządowego jest potrzebna zmiana ordynacji samorządowej czy nie?

Po wielu latach działania ordynacji zawsze warto ją przewietrzyć. Popatrzeć co funkcjonuje dobrze, a co źle. Okręgi są różne. My staramy się zawsze zachować proporcjonalność. Mam nadzieję, że dyskusja na ten temat dobędzie się w zdrowej, nie nadmiernie kontrowersyjnej debacie politycznej.

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
NA ANTENIE
Reklama