Jestem najlepsza. Ja, Tonya ***** [RECENZJA]

Jan Pelczar, GN | Utworzono: 2018-03-03 13:17 | Zmodyfikowano: 2018-03-02 15:30
A|A|A

zdj. mat.prasowe

Polski dystrybutor zrobił wiele, żeby film nie ustał skoku na portfele widzów. Oryginalnie opowiedziana biografia o łyżwiarce figurowej wchodzi na ekrany już po Zimowych Igrzyskach Olimpijskich. Prosty tytuł wzbogacono o dosadny nadtytuł. Na szczęście kinomani oceniają walory artystyczne ekranowej zawartości, a nie promocji. Margot Robbie, która była już zjawiskiem w drugoplanowej roli w „Wilku z Wall Street” oraz kwiatkiem do kożucha „Legionu samobójców”, może wystarczyć jako magnes. A jej przebojowa rola tytułowa wystarczy, by uznać „Ja, Tonya” za dobre kino. 

Ciekawe, jak zareagowałaby Nancy Kerrigan, gdyby przed igrzyskami w Lillehammer w 1994 roku ktoś powiedział jej, że za dwadzieścia kilka lat powstanie film o jej historii i że będzie to nagradzana komedia z Tonyą Harding jako główną bohaterką. Tak mniej więcej brzmiał jeden z popularnych tweetów po tegorocznej gali Złotych Globów. Walcząca o miano najlepszej komedii „Ja, Tonya” zdobyła statuetkę za rolę drugoplanową, matki głównej bohaterki. Nagrodzona aktorka Allison Janney dziękowała ze sceny m.in samej Tonyi Harding, obecnej na gali. Część kinomanów nie posiadała się z oburzenia, że znów ofiary nie wzbudziły takiego zainteresowania filmowców, co oprawcy. I nie wyprowadził ich z takiego patrzenia na rzeczywistość ekranową nawet film, który każe się zastanowić, czy w tym przypadku zbiór „ofiary” nie ma ze zbiorem „oprawcy” sporej części wspólnej. 

Reżyser „Larsa i prawdziwej dziewczyny” Craig Gillespie stworzył brawurowy mix gatunkowy: czarną komedię połączył z groteskową sensacją w formie mockumentu. Scenariusz Steve’a Rogersa oparty jest na wywiadach z bohaterami, których treść często się wyklucza. Poznajemy różne wersje tej samej historii, ale za każdym razem łapiemy się za głowę. To zdecydowanie niewiarygodne, że łyżwiarski dramat numer jeden, śledzony 24 lata temu przez cały świat, ma tak ciekawe, rozbudowane tło, które pozostanie aktualne przez dekady. Wtedy wszystko wydawało się proste: dwie zazdrosne rywalki, jedna nasyła na drugą bandytów, by połamali jej kolano, a potem wszystkiego się wypiera. Kibice przed programem krótkim, dowolnym i pokazami mistrzów dostają bezprecedensową rozgrzewkę w postaci opery mydlanej. 

Z filmu Gillespiego, jak z najlepszego reportażu, można się dowiedzieć, że „zamach na kolano Nancy Kerrigan” był jednym z najbardziej amatorskich skoków w historii przestępczości. Jego autorzy to prawdziwi krewni bohaterów „Fargo” i innych dzieł braci Coen. „Ja, Tonya” operuje mistrzowskim językiem kina w stylu coenowskim o wiele lepiej niż crowd-pleaser sezonu, czyli „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”. Australijczyk Gillespie, w odróżnieniu od Irlandczyka Martina McDonagha, reżysera „Trzech billboardów…” używa formy jako uzupełnienia treści, dokonuje cudów z błyskotliwym opowiedzeniem prawdziwej historii, fabularne zaskoczenia przeplata dialogami, które chciałoby się od razu zapisać lub zapamiętać. W fikcyjnej historii matki w żałobie treść naginano do formy, zakręty historii były mocno znaczone, zaskoczenia uwypuklone groteską, a dialogi nawet w fikcyjnym świecie przedstawionym wydawały się niewiarygodne. Oceny od światowej publiczności są odwrotne, „Ja, Tonya” pozostanie dla mnie jak olimpijski wicemistrz, który zdaniem kibica powinien dostać dużo wyższe noty. 

Takiej rewii na lodzie trudno się było spodziewać – w świecie cekinów i sztucznych uśmiechów po medale chce sięgać uparta dziewczynka z biednej rodziny, wychowana wśród przekleństw i twardej ręki. Przywykła do przemocy domowej do tego stopnia, że fizyczne ślady poślubnych kłótni są dla niej równie naturalne, jak siniaki po źle wylądowanych tulupach. Mężczyźni z „Ja, Tonya” nie tyle nienawidzą kobiet, co są wobec nich na różnych poziomach opóźnieni. Zarówno mąż-brutal Sebastiana Stana, jak i najgorszy mitoman świata w wykonaniu Paula Waltera Hausera, jak i patrzący na wszystko z góry Bobby Cannavale, zlepek różnych dziennikarzy ery rosnącej popularności Hard Copy, Jerry’ego Springera, funtainmentu i rozmaitych reality shows. 

 

Moja babcia z pasją oglądała łyżwiarstwo figurowe w erze naszego, „wiecznie czwartego” Grzegorza Filipowskiego. Podnosiła głowę znad krzyżówki, rejestrowała nieustanego axla, mówiła: „o, leży”, wracała do haseł. Po chwili, gdy na ekranie była powtórka ze skokiem i upadkiem, dodawała: „o, znowu leży, nie będzie medalu”. Wykraczającego poza lodowisko pojedynku Harding-Kerrigan nie doczekała. Ale i tak trafiłby do niej film „Ja, Tonya”, kierujący swoje reflektory na sam dół drabiny, wiodącej na szczyt amerykańskiego snu i na mroczną rutynę, leżącą u podstaw sportowej celebry.

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama