Diego ***** [RECENZJA]

Jan Pelczar, GN | Utworzono: 2019-07-18 17:47
A|A|A

fot. mat. prasowe

Nie jestem łowcą autografów, ale swoje urodziny w 2008 roku uczciłem wzięciem podpisu na bilecie wstępu. Diego Armando Maradonę właśnie pożegnały owacje po światowej premierze filmu Emira Kusturicy, którego był głównym bohaterem. Nie mogłem sobie odmówić, chociaż nigdy nie kibicowałem jego drużynom, ale trudno było nie docenić jego talentu. Poza ekranem był równie charyzmatycznym showmanem – canneńską publiczność radował żonglując piłką pomiędzy rzędami. Przypomniała mi się ta scena, gdy w dokumencie „Diego” Asifa Kapadii oglądamy prezentację Maradony przed kibicami Napoli. Argentyński piłkarz tak oddziaływał na tłumy, skracał dystans, miał dobry kontakt z ludźmi, tworzył niezwykłą energię. Archiwalne ujęcia ze stadionu w Neapolu mogą się skojarzyć z pierwszym pozdrowieniem tłumów na placu św. Piotra przez nowo wybranego papieża. Maradona ma w końcu swój kościół i swoich wyznawców. Należał do nich Kusturica, co wpłynęło na jego film. Kapadia trzyma dystans. Jak Maradona bezbłędnie panował nad piłką, tak on idealnie montuje ze sobą niezliczone ujęcia. Wielowątkową, trudną historię układa w prostą narrację. Na samochodowym „pościgu” w rytm „Delorean dynamite” przedstawia bohatera, z całym bagażem doświadczeń, już jako jednego z najsłynniejszych piłkarzy swoich czasów.  

Dalej konsekwentnie okrawa poboczne wątki, nie zatrzymuje się na dłużej nad „boską ręką”, konfliktami w reprezentacji i klubie, czy licznymi powrotami. Osią opowieści jest opozycja między Diego a Maradoną, dostrzeżona przez osobistego fizjoterapeutę. Diego to właśnie ten uroczy geniusz, od którego bierze się autograf bez chwili namysłu, bo taką roztacza aurę. Maradona to nieznośny gwiazdor, jakiego ma się szybko dosyć. Bez Maradony, o Diego nikt by nie usłyszał. Kapadia opowiada o jego epoce w Neapolu. Sportowo naznaczonej mistrzostwem świata dla Argentyny i pierwszym mistrzostwem Włoch dla Napoli. Prywatnie – skandalami, kokainowym uzależnieniem i w końcu dyskwalifikacją. Najdroższy piłkarz kupiony przez klub z bardzo biednego miasta. Idol, który mógł spotkać się z każdym na świecie, trzymany w sidłach przez lokalną mafię. Camorra i kokaina – od tych przekleństw Maradona potrafił wyzwolić się jedynie motywowany mundialem. Po „Sennie” i „Amy” Kapadia znów opowiada o ostatecznej cenie sławy, ale i o pięknie eksploatowania własnego talentu. 

Jedno z porzekadeł dziennikarzy sportowych mówi, że futbol to prosta gra. Kapadia daje poczucie, że prosta jest też sztuka filmowego dokumentu. Tak sprawnie snuje swoją opowieść, jakby archiwa, po które sięga, leżały gotowe, a ujęcia z osobistych filmów były łatwe do wydobycia. Zwróćcie uwagę na kunszt ich połączenia. I na to, jak dobrze wzbogacono ich warstwę dźwiękową. W jednym z wywiadów reżyser powiedział, że rozmowa z Diego była jak jedzenie kisielu widelcem – wydaje ci się, że wiesz o co chodzi, a on znowu się wymyka. Ale rozmowy nagrane dla potrzeb filmu też udało się tak wpleść, by wtopiły się w archiwa, by nie zburzyły rytmu.

W ukłonie dla formy, jakim jest unikanie „gadających głów”, czy odpowiadanie z uśmiechem na niewygodne pytania, Kapadię, Maradonę i bohaterów znanych nam z kina fabularnego łączy umiłowanie piękna gestu. Podczas seansu takich filmów jak „Diego” panuje boiskowa zasada Maradony, cytowana w dokumencie podwójnie, na zasadzie klamry:

„Kiedy grasz, życie się nie liczy. Nic się nie liczy”. 

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama