W blokach i domach z betonu

Tomasz Sikora | Utworzono: 2014-04-02 07:35 | Zmodyfikowano: 2014-05-01 00:12
A|A|A

fot. archiwum prw.pl

To mało i raz po raz słychać głosy, że Wrocław zamienia się w betonową pustynię. Piszemy o tym na prw.pl raz po raz - choćby w artykułach o "Ekorebeliantach" czy w analizie "Wrocław? Beton! Wszędzie beton". Tym razem sprawdzamy, co w tych domach z betonu rzeczywiście jest - poza wolną miłością, rzecz jasna...

W ubiegłym roku powstało we Wrocławiu 7800 mieszkań. To aż o 1200 więcej niż w 2012 roku. Jeśli już we Wrocławiu się coś buduje to - dewelopersko - z przeznaczeniem na sprzedaż czy wynajem - 8 na 10 lokali powstaje w tym systemie budowanych. Magistrat w 2013 roku był w stanie oddać do użytku tylko 31 mieszkań komunalnych. Znacznie chętniej się ich pozbywa - rocznie w przetargach sprzedaje około 50 dawnych "komunałek". Około 300 kolejnych jest wykupywanych przez obecnych najemców z 90% bonifikatą. Choć i tak wciąż we Wrocławiu jest aż 40 tysięcy mieszkań gminnych, w których mieszka 150 tysięcy ludzi. Znacznie lepiej idzie budowa mieszkań spółdzielczych i czynszowych - tych oddawanych jest rocznie około tysiąca.

W 2013 r. wydano pozwolenia na budowę 6159 lokali mieszkalnych. W przeważającej liczbie były to pozwolenia na mieszkania przeznaczone na sprzedaż lub wynajem (4649) następnie społeczno-czynszowe (690), mieszkania indywidualne (675) oraz spółdzielcze (145).



Jeśli Jan Wrocławski, taki "statystyczny mieszkaniec Wrocławia", chce zamieszkać na swoim to... staje się automatycznie Janem Podwrocławskim. W mieście domów co roku oddaje się ledwie pół tysiąca. Nowe są głównie mieszkania. Przeciętne wrocławskie mieszkanie ma 49 metrów, teraz buduje się nieco większe - 57m2, choć i tak tendencję mamy spadkową, bo jeszcze w 2012 roku przeciętne nowe lokum miało 64m2. To efekt zawężenia dostępności kredytów mieszkaniowych i wprowadzenia oferty rządowej Mieszkanie dla Młodych. Deweloperzy ze wszystkich sił chcą się zmieścić w widełkach programu oferując lokale odpowiednio tanie, lub odpowiednio małe, by utrafić w zdolność kredytową potencjalnych kupujących.

Ostatnio jest moda na mikroapartamenty - te potrafią mieć wraz z kuchnią i łazienką 11,5 metra. Wielu ma większe piwnice. Choć ponoć mikroapartamenty idą jak woda. Problem mają duże inwestycje - nawet przypalane węglem biura sprzedaży mieszkań w apartamentowcach takich jak Sky Tower czy Tespian się do kłopotów nie przyznają, to wystarczy tam zadzwonić. Wtedy z krótkiej rozmowy wynika, że mieszkań niesprzedanych jest mnóstwo, sprzedaż idzie opornie, a klientów trzeba przekonywać używając haseł typu "wyprzedaż". Inna sprawa, że wyprzedaż faktycznie następuje - ceny można stargować nawet o 18-20%. Tym bardziej zaskakują zapewnienia inwestora z centrum Wrocławia - powstającego przy placu Dominikańskim Ovo, że 40% lokali sprzedano na etapie dziury w ziemi.



Największy kłopot zaczynają mieć deweloperzy, którzy - jak mawia branża agentów nieruchomości - "przecwanili". Co to znaczy? Na teoretycznie dobrze usytuowanym gruncie, na niewielkich za to drogich działkach kupionych jeszcze w 2008 roku (fala boomu gospodarczego w nieruchomościach) postawili piękne domy. Mieszkania duże, przestronne, ładnie rozłożone, za którego oknem widać w odległości 2,5 metra okno sąsiada z bloku naprzeciwko. Jest kilka takich inwestycji, przez litość ich nie wspomnimy. Od 4 lat stoją puste, bo jeśli ktoś jest skory wydać milion złotych za 120 metrowy apartament, to nie chce 2,5 metra za oknem mieć ścianę, albo wąsatego sąsiada drapiącego się rozkosznie po brzuchu. Ceny takich "przecwanionych" mieszkań zdążyły spaść o 30%. I dalej nie ma chętnych. Stoją puste.   

To może wolnoć Tomku w swoim domku?

Wrocławskie domy wolnostojące i bliźniaki też nie powalają przestrzenią - mają średnio około 130m2. To tylko nieco więcej od mieszkań w kamienicach, które były standardem w niemieckim Breslau - te miały przeciętnie 108m2. A jeśli już o czasach przedwojennych mówimy - dziś przy niedzieli warto zajrzeć na niemiecki portal www.breslau-wroclaw.de. Tam zamieszczono dane z książki adresowej z 1941 roku. Wpisując niemiecką przedwojenną nazwę ulicy, dowiemy się, kto mieszkał w naszym lokalu dawniej. Z kolei dzięki danym zawartym na portalu niemieckiego kościoła katolickiego "Kirchlicher Suchdienst" sprawdzimy, co stało się z właścicielami po opuszczeniu Wrocławia. Zawsze można udać się do wrocławskiego archiwum miejskiego gdzie dostępne są w wersji papierowej oryginalne niemieckie Adressbuchy a tam informacje nie tylko o byłych właścicielach ale też o ich zawodach, dzieciach, wyznaniu i posiadanej służbie.



Ja na przykład po godzinie szukania wiem, że niemiecki właściciel mojego mieszkania nazywał się Paul Spałek, był nauczycielem w pobliskiej katolickiej szkole powszechnej, a po wojnie trafił do Hamburga. Właścicielem kamienicy był natomiast ślusarz polskiego pochodzenia który w 1898 roku w barterze za wykonanie zamka do miejskiej kasy pancernej dostał w Śródmieściu 10-arową działeczkę, na której postawił 4-piętrową kamienicę czynszową. To jednak opowieść o innym Wrocławiu. Takim, w którym ślusarza stać na bycie deweloperem...

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama