Wojna płci *** [RECENZJA]

Jan Pelczar, GN | Utworzono: 2017-12-11 10:17 | Zmodyfikowano: 2017-12-11 10:17

Rozgrzewka trwa w filmie Valerie Faris i Jonathana Daytona 90 minut. Rozgrywka zaledwie pół godziny. Dlatego historia, która zasługiwała na pełną nerwu i dramaturgii opowieść, ląduje jako fabuła nudnawej i schematycznej komedii o starciu seksisty z feministką.

Jeśli na „Wojnę płci” spadnie spodziewany deszcz oscarowych nominacji, znaczyć to będzie, że film trafił idealnie w sezon historycznego przełomu w Hollywood. Afery związane z gwałtami, molestowaniem i wykorzystywaniem, lawina opowieści pod znakiem #metoo – w tym roku w Stanach Zjednoczonych nie tylko w branży filmowej postanowiono powiedzieć dość praktykom, które w czasach, gdy rozgrywa się akcja „Wojny płci” były powszechnie tolerowane. Najbardziej oczekiwane jest wyróżnienie tak lubianych przez akademików kreacji wcieleniowych, tym razem w wykonaniu Emmy Stone (przy okazji pokazuje więcej aktorskiego talentu niż przed rokiem w „La La Land”) i Steve’a Carella (niedawno stworzył o wiele bardziej wielowymiarową postać w „Foxcatcherze”). Grają Billie Jean King i Bobby’ego Riggsa – ich pojedynek był jednym z największych wydarzeń sportowo-kulturowych lat 70. XX wieku w Stanach Zjednoczonych.

Spotkali się na korcie. Aktywna tenisistka walczyła z seksistowskim traktowaniem i założyła własną ligę, nie godząc się na nierówne zarobki na korcie. Były mistrz znalazł dzięki temu kolejną okazję do stworzenia widowiska. Jako nałogowy hazardzista po prostu wyzwał kobiecą rakietę numer jeden na pojedynek. Dla wygadanego szowinisty pierwsza przeciwniczka była zbyt nudna, by udało się zrobić show, przyjął więc ponowne wyzwanie, gdy mógł się na korcie zmierzyć z barwniejszą Billie Jean.

„Wojna płci” pokazuje życie obojga w miesiącach poprzedzających mecz, co działo się w ich życiu prywatnym, jak wykorzystywali media, by odpowiednio ustawić rywala oraz wykorzystać pojedynek dla swojej sprawy. Odtworzone zostają drobiazgi związane z przygotowaniami do meczu. Sama rozgrywka staje się kulminacją w linearnie poprowadzonej fabule.

Sposób opowiedzenia fascynującej historii sprawił mi spory zawód na tegorocznym American Film Festival, „Wojna płci” była jednym z moich rozczarowań festiwalu. O wiele ciekawiej wykorzystano społeczny i kulturowy aspekt pojedynku King-Riggs w jednym z bardziej udanych seriali tego roku –„Umrzeć ze śmiechu” („I’m Dying Up Here”) o środowisku komików w latach 70. w Los Angeles. Tam jeden z odcinków zbudowano wokół oczekiwań przed słynnym meczem tenisowym i odczuć związanych z jego oglądaniem. Jako motyw przewodni historia tenisowej wojny płci zadziałała mocniej i wymowniej niż jako oś fabuły.


Komentarze (0)
Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.