Rozmowa Dnia: Krzysztof Wielicki o nowej wyprawie na K2

Przemek Gałecki | Utworzono: 2018-05-16 07:30 | Zmodyfikowano: 2018-05-16 07:31
A|A|A

fot. M. Chmielarski/http://polskihimalaizmzimowy.com

Jeśli dostanę propozycję - zostanę kierownikiem tej wyprawy - mówi Krzysztof Wielicki. Polska wyprawa wyruszy pod koniec 2019 roku. Zespół ponownie będzie miał kilkanaście osób, ale tym razem Wielicki chciałby stworzyć dwie grupy - pierwsza przygotuje bazę i obozy do około 7 tysięcy metrów.

Druga przyjedzie miesiąc później i wypoczęta powalczy o zdobycie niezdobytego zimą szczytu.

fot. R.Fronia/polskihimalaizmzimowy.com

ZOBACZ KONIECZNIE: 

Krzysztof Wielicki proponuje także, aby zespół od początku postawił na klasyczną drogę biegnącą Żebrem Abruzzi. W tym roku alpiniści atakowali K2 najpierw Drogą Basków, a dopiero po serii wypadków zmieniono trasę. Wyprawa zakończyła się niepowodzeniem.

Wyprawa ruszy późną jesienią, aby około 20 grudnia zespół był gotowy do pracy już na miejscu.

Z Krzysztofem Wielickim rozmawialiśmy przy okazji wydarzenia "Spotkania z Górami" na Politechnice Wrocławskiej

POSŁUCHAJCIE CAŁEJ ROZMOWY:

Od wyprawy, którą żyła cała Polska minęło kilka miesięcy, emocje opadły. Jak teraz pan ją ocenia? Królowa gór dalej nie zdobyta.

Nauczyliśmy się trochę więcej, zebraliśmy doświadczenia jeżeli chodzi o taktykę, logistykę, skład. One są ważne, bo procentują przy następnych wyprawach. Wprowadzamy nowych ludzi, którzy nie wspinali się zimą i być może w końcu będziemy mieli taką ekipę, która będzie w stanie wejść. Niestety pogoda się nie zmienia, jest ciągle taka sama.

Coś pana zaskoczyło w tym roku na K2?

Zaskoczyło może nie, ale popełniliśmy błąd, że rozpoczęliśmy się wspinać na trudniejszej drodze, a należało pójść na żebro Abruzzów - drogę pierwszych zdobywców. Mielibyśmy większe szanse, a tak straciliśmy 3 tygodnie.

Z Denisem Urubko udało się już panu porozmawiać?

Po powrocie nie. Wiem, że był w Polsce, ale nie zahaczył o nasz zespół, miał medialne zobowiązania - książka, spotkania, prezentacje. Ale zbliżają się dwa czy trzy festiwale, na pewno Denis na nich będzie, wiec pewnie pogadamy.

Miał szanse na samotne zdobycie szczytu?

W tych warunkach nie miał żadnych szans.

Urubko nazwał pana człowiekiem o dwóch twarzach, mocno pana krytykował. Poszedł by pan z nim jeszcze raz w góry?

Nie wiem, na razie mam do tego chłodny stosunek. Nie dlatego, że powiedział że mam dwie twarze, bo każdy ma prawo do opinii. Mam wątpliwości, bo zachował się nielojalnie, nie spodziewałem się tego, bo to mój przyjaciel. Prawdę mówiąc na wyprawie to ja jego chroniłem, koledzy byli bardzo źli na niego.

W trakcie wyprawy?

Tak, pod koniec wyprawy klimat nie był za dobry. Starałem się jakoś go wytłumaczyć, ale zespół był bardzo zły, i się nie dziwię. Zostawił partnera, poszedł sam, bez zgody, bez informowania. Nieładnie. Musiałem wysłać za nim dwa zespoły, gdyby się coś stało. Ale może Denis to przemyślał, bo widzę, że w ostatnich wypowiedziach trochę zmienia ton. Myślę, że strzelił sobie sam w stopę.

Wiemy już, że pójdzie nowa wyprawa na K2. Z Krzysztofem Wielickim w roli kierownika?

Tego nie wiem, bo nie ja decyduję.

Ale czy pan by chciał?

Spróbowałbym raz jeszcze - jeżeli komitet i zarząd będzie chciał, niewykluczone, że pojadę, ale na sto procent nie jestem pewien, bo mam mnóstwo innych zajęć. Jestem przygotowany i gotowy, by ewentualnie kierować wyprawą.

Czy będzie się ona jakoś różniła od poprzedniej?

Pojedzie znów 10-12 osób, ale myślę o tym, by podzielić zespół na grupę zasadniczą, która będzie pracować od początku i drugą - która po miesiącu przyjedzie i będzie gotowa do ataków szczytowych.

Sukces jest wtedy bliżej. Tylko czy to moralne?

W tym roku wydało mi się, że nie, dlatego gdy padła taka decyzja, nie zgodziłem się. Ale teraz myślę, że jednak trzeba to jakoś ogarnąć, oczywiście przy zgodzie pierwszego zespołu.

A plan Czecha z 2014 roku Radosława Jarosza? Najpierw poleciał do Ameryki Południowej, tam zdobył jeden ze szczytów, później przyleciał śmigłowcem na K2 i osiągnął sukces.

Zimą nie da się tego zrobić. Część mojego zespołu uważa, że tak się powinno zrobić, ale zimą dwie czy trzy próby takie były i to się nie udało. Na pewno musi być to świeży zespół, niekoniecznie zaaklimatyzowany. Druga sprawa - wcześniej musimy zacząć - musimy być w bazie 23 grudnia.

K2 pozostaje niezdobyte zimą. Pana to nakręca, inspiruje, czy frustruje?

Raczej inspiruje. Uprawiam narrację narodową, że to my - Polacy powinniśmy zdobyć ten szczyt, co pewnie nie jest prawdą. Ale rozpoczęliśmy od Everestu, to był nasz pomysł, więc wypadałoby, byśmy też zakończyli.

Jak K2 jest trudne, pokazuje pana historia - pan dopiero za 4. razem zdobył szczyt.

Tak, próbowaliśmy różnymi drogami, znam tę górę z każdej strony. Jest trudna, ale przyciąga. To marzenie wielu alpinistów.

Trudnej być atakującym, czy kierownikiem i brać odpowiedzialność za innych?

Jak sam się wspinałem, to był mniejszy strach. W momencie, kiedy zacząłem kierować wyprawami, poczułem olbrzymią odpowiedzialność za zespół.

Janusz Gołąb przed wyprawą mówił, ze sukcesem będzie, jak wszyscy wrócą cali, zdrowi i jako przyjaciele. Udało się?

Myślę, że tak, nawet Denis...

Pan trochę o nim mówi jak o przyrodnim synu.

Razem zaczynaliśmy. Wyprawa na K2 od północy była z nim. Świetnie się wspinał, świetny był z niego kolega, bywał w moim domu wiele razy. Nadal mam do niego jakąś sympatię, ale troszeczkę się zapędził, urósł za bardzo, zaczął ciągle myśleć "ja, ja, ja". Tego się nie spodziewałem.

A pana największy sukces?

47 lat wspinania, 45 wypraw i żyję - to mój największy sukces.

Ma pan sobie coś do udowodnienia?

Raczej nie. Raczej mam poczucie, że zapisaliśmy kawałek światowej historii. I to cieszy.

Trudniej jest na górze, gdy walczy się o szczyt, czasem o życie, czy na dole - gdy przygotowuje się do kolejnej wyprawy, zbiera fundusze?

Najtrudniej to iść do rodziny i powiedzieć jej, że ich bliski już nie wróci.

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama