"Lekarze zdecydowali, że ma urodzić martwy płód". Rodzina walczy o odszkodowanie po śmierci 32-letniej Anny ze Świdnicy

Przed Sądem Okręgowym w Świdnicy ruszył proces cywilny przeciwko Samodzielnemu Publicznemu Zespołowi Opieki Zdrowotnej w Świdnicy, prowadzącemu szpital "Latawiec" oraz jego ubezpieczycielowi. Sprawa dotyczy śmierci ciężarnej pacjentki, do której doszło w czerwcu 2021 roku.
Zaczęła czuć się źle. Miała stan podgorączkowy - była osłabiona
32-letnia pani Anna oczekiwała na narodziny swojego pierwszego dziecka. Kobieta, która była w 20. tygodniu ciąży, trafiła do szpitala w nocy z 13 na 14 czerwca. Już kilka godzin wcześniej skarżyła się partnerowi na pogorszenie samopoczucia - miała stan podgorączkowy, była osłabiona i odczuwała silne dreszcze. - Bliscy, zaniepokojeni jej stanem zdecydowali się natychmiast pojechać do szpitala w Świdnicy - informuje Ilona Kwiecień, reprezentująca rodzinę.
Podczas przyjęcia wykonano badanie ultrasonograficzne. Lekarze stwierdzili brak czynności serca u nienarodzonego dziecka. Jednocześnie stan kobiety wskazywał na rozwijający się w organizmie ciężki stan zapalny, który mógł stanowić bezpośrednie zagrożenie dla jej życia.
Jak podkreśla mec. Ilona Kwiecień, po północy pacjentkę przeniesiono na Pododdział Patologii Ciąży i umieszczono w sali wzmożonego nadzoru. Jej stan był poważny - miała obniżone ciśnienie krwi, przyspieszone tętno, a wyniki badań laboratoryjnych potwierdzały postępujący stan zapalny. Ze względu na obumarcie płodu personel medyczny zdecydował o konieczności zakończenia ciąży.
Przeczytaj również: Matka z wózkiem dla bliźniąt niewpuszczona do tramwaju. Podwójne standardy czy przestrzeganie zasad?
Decyzja lekarzy: "Musi urodzić naturalnie"
- Lekarze zdecydowali, że pacjentka Anna musi urodzić martwy płód siłami natury. Po ponad pięciu godzinach oczekiwania na rozwiązanie ciąży w sposób naturalny, jej organizm był już w stanie skrajnego wyczerpania spowodowanego rozwijającą się sepsą - podkreśla Ilona Kwiecień. Dopiero wtedy odstąpiono od tej metody. Pacjentkę przetransportowano na blok operacyjny, gdzie instrumentalnie usunięto martwy płód.
Po zabiegu kobieta w stanie krytycznym trafiła na Oddział Anestezjologii i Intensywnej Terapii. Lekarze rozpoznali wstrząs septyczny. Aby ratować życie pacjentki, podjęto decyzję o kolejnej operacji – usunięciu większości narządów rodnych. Mimo podjętych działań medycznych organizm kobiety nie reagował na leczenie. Anna zmarła kilka godzin po przyjęciu do szpitala.
Nie udało się przeprowadzić sekcji, bo zwłoki kobiety zostały skremowane
Lekarze nie zlecili sekcji zwłok a ciało pacjentki zostało skremowane. Świdnicka prokuratura o całej sprawie dowiedziała się z doniesień medialnych. - Po zweryfikowaniu sprawy zleciłem przeprowadzenie sekcji zwłok kobiety, jednak okazało się, że została skremowana - powiedział wówczas prokurator Marek Rusin w rozmowie z Radiem Wrocław.
Jak pisaliśmy wówczas na portalu Radia Wrocław, w takich wypadkach najczęściej o zgonie zawiadamia rodzina lub szpital. W tym wypadku tak nie było. Prokuratura zbadała dokumentację medyczną, przesłuchano także personel szpitala. - Nie jest tak, że brak możliwości przeprowadzenia sekcji zwłok kończy sprawę – podkreślał prokurator Rusin w rozmowie z Radiem Wrocław.
"Kluczowym błędem mogło być zbyt późne podjęcie decyzji"
Prawniczka reprezentująca rodzinę wskazuje na - jej zdaniem - poważne uchybienia w postępowaniu personelu medycznego. Kluczowym błędem miało być zbyt późne podjęcie decyzji o instrumentalnym opróżnieniu macicy, mimo objawów wskazujących na poważne zagrożenie życia kobiety. Pełnomocnik rodziny podkreśla również, że opóźnienie w usunięciu martwego płodu oraz brak szybkiej reakcji na rozwijający się proces zapalny mogły bezpośrednio przyczynić się do gwałtownego pogorszenia stanu zdrowia pacjentki.
Jak dodaje Ilona Kwiecień, bliscy domagają się zadośćuczynienia, podkreślając, że chodzi nie tylko o rekompensatę, ale również o wyjaśnienie okoliczności tragedii i odpowiedzialność za ewentualne zaniedbania.
Skontaktowaliśmy się ze świdnickim szpitalem "Latawiec", ale jego przedstawiciele odmówili komentarza w tej sprawie. To nie pierwsza kontrowersyjna sytuacja związana z tą placówką. W marcu zeszłego roku do szpitala w Świdnicy trafiła 30-letnia kobieta z Piławy. Lekarze postanowili, że powinna być operowana w innej placówce, jednak nie było dla niej wolnej karetki. Dopiero po 6 godzinach przyjął ją szpital we Wrocławiu, ale na pomoc było już wtedy za późno. Tę sytuację zanalizował też Narodowy Fundusz Zdrowia i wymierzył szpitalowi "Latawiec" karę ponad pół miliona złotych.
Przeczytaj również: Brutalne pobicie osoby z niepełnosprawnością - policja szuka sprawcy! Jest nagranie z ataku
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.

