Teoria wszystkiego **** (RECENZJA)

Jan Pelczar | Utworzono: 2014-05-23 12:12 | Zmodyfikowano: 2014-05-23 12:22
A|A|A

W internecie krąży zdjęcie jednej z wrocławianek zarejestrowanych na profilu śledzącym karierę zawodową. Wizytówka głosi: badacz, twórca Ogólno-Strukturalnej Teorii Wszystkiego. Bez względu na to, czy żart jest spreparowany, czy niezamierzony, rozprzestrzenia się - jak to śmieszne rzeczy w sieci - wirusowo. Szkoda, że na podobną karierę nie może liczyć najnowszy film Terry'ego Gilliama, zatytułowany w Polsce "Teoria wszystkiego". Satyra na współczesny świat, ubrana w szaty kiczowatej wizji przyszłości, celniejsza jest i mądrzejsza niż wiele głośno dyskutowanych propozycji spojrzenia w przyszłość i w głąb siebie, ale nie natrafiła na zrozumienie.

W studiu filmowym w Rumunii wzniesiono ulice Londynu przyszłości i mieszkanie głównego bohatera, który odgrodził się od codziennych barw mrokiem zawłaszczonym w dawnym kościele. Gilliam z pomocą autora zdjęć Nicoli Pecoriniego szaleje od pierwszego do ostatniego ujęcia, pokazując jak może wyglądać wielopiętrowa konstrukcja na każdym polu życia, jeśli nigdzie nie zostanie powiedziane stop. W tym obszarze "Teoria wszystkiego" będzie dla wrocławskich widzów stanowić znakomite fabularne uzupełnienie pokazywanego na Planete + Doc Film Festivalu dokumentu "Ostatni dzwonek", który uzmysłowił, jak w ciągu 40 lat po publikacji "Granic wzrostu" nikt nie przejął się książką o wymiernych granicach eksploatowania Ziemi i wzrostu gospodarczego. W "Teorii wszystkiego" myśl o granicach zostało dawno zarzucona, liczy się tylko nie znające barier szaleństwo - wirtualny seks, rozpasana konsumpcja, nowe religie, kościoły zrodzone z popkultury, a nad wszystkim, rzecz jasna, wszechwiedząca korporacja.

W tych warunkach główny bohater, grany, od drobnych frustracji po pełną rozpacz, przez ogolonego na łyso Christophera Waltza (laureat Oscarów za "Bękarty wojny" i "Django"), musi odnaleźć tytułową teorię, poznać tajemnicę wszechświata na zlecenie szefa korporacji. Po drodze trzeba wywalczyć sobie odpowiednie warunki pracy, oprzeć się pokusom wirtualnego seksu i internetowej psychoanalizy. Dla widza oznacza to korowód barwnych epizodów od Matta Damona, Tildy Swinton, Davida Thewlisa i Bena Whishawa. Odtwórcy głównej roli najdłużej partneruje Melanie Thierry, szarżując ku uciesze widzów świadomych, że wirtualne femme fatale mogą pozorowaną słodyczą zatruć nas dobitnie na długo.

Bohater Waltza nosi imię Qohen Leth, co kojarzy się z Koheletem. Biblijna marność pozbawiona jest mroku, ale czarna dziura zasysa kolejne przestrzenie. Walka z rzeczywistością w wykonaniu gilliamowskich bohaterów jak zwykle przypomina niepoprawnie romantyczne wysiłki Don Kichota. Walką z wiatrakami pozostają też, jak na razie, próby Gilliama dotyczące ekranizacji klasycznej powieści Cervantesa.
Po premierze "Teorii wszystkiego" na zeszłorocznym festiwalu w Wenecji krytycy Gilliama głównie chłostali, niewielu brało wizjonera w obronę, argumentując, że właściwie powtarza swoje tezy z wynoszonego pod niebiosa fillmu "Brazil", ale robi to efektownie. Możemy doceniać  poczucie humoru i oddawać refleksji nad nieuchronnością zmian, zauważalnych już w naszym otoczeniu.

Pomiędzy światową premierą "The Zero Theorem", jak film nazwano w oryginale, a datą wejścia do polskich kin, głośno było o nagrodzonym Oscarem za scenariusz filmie "Ona". U Spike'a Jonze'a też górę bierze maszyna, ale tło jest bardziej melancholijne, medytacyjne, sterylne. Obawiam się, że bliższa prawdzie będzie wersja Gilliama: większość miejsc, w których przebywać będzie większość nas, zyska jaskrawe, jarmarczne kolory, a przestrzeń zostanie wypełniona hałasem i zgiełkiem. Lounge i chillout pozostaną azylem dla wybranych.

Samotności i paranoi, technologicznego przytłoczenia i nieprzystosowania doświadczać będzie można, rzecz jasna, w każdej z tych przestrzeni, ale w zdecydowanie odmiennej estetyce. I tam, gdzie u Jonze'a wyczuwałem fałsz, u Gilliama mam wrażenie obcowania z satyrą prawdziwszą. Lepiej można czuć się we wnętrzach i plenerach z filmu "Ona", z rozkrzyczanego wysypiska barw i dźwięków "Teorii wszystkiego" miałoby się ochotę od razu uciec, ale to nie oznacza, że Gilliam jest wyznawcą takiej estetyki - on przed nią przestrzega.

REKLAMA

Dodając komentarz do artykułu akceptujesz regulamin strony.
Radio Wrocław nie odpowiada za treść komentarzy.
Reklama